Góry Przeklęte: Czarnogóra, Albania, Kosowo, Dolina Valbony

Czyli objazd Gór Przeklętych („Alpy Albańskie”) : Czarnogóra, Albania, Kosowo. Plus trekking przez Dolinę Valbony. Plus objazdówka Kosowa. I to wszystko w tydzień – prawda, że ambitny plan na „wyjazd premium”? A ja to dodatkowo uzupełniłem 900km dojazdem do Czarnogóry z Budapesztu. Wyszło bardzo zacnie.

Spotkanie grupy i Dolina Cijevny

Bardzo miły camping w Mojkowaczu. Oprócz mnie tylko 1 namiot – para rano zbiera się i idzie z ciężkimi plecakami w góry. I jeszcze kilka osób w domkach. Oraz chyba cała rodzinka gospodarza kręcąca się wokół gości. Widać dom w budowie – pewnie każde zarobione tak euro idzie w dom. Pani (matka gospodarza?), która poczęstowała mnie wieczorem niesamowicie smacznym kompotem z aronii, teraz na zamówienie (za kilka euro) przynosi palaczinki na śniadanie. Luksusy!

Mam niespieszny poranek, bo bus optymistycznie zapowiadany na 9:00, oczywiście się spóźnia – ostatecznie dojechali 14:25. Ja tam nie narzekam: po tygodniu kręcenia podjazdów w upale, łamania kręgosłupa, itd – kilka godzin lenistwa jest miłą odmianą 🙂

Zbieram się dopiero gdy dają znać, że już są blisko – jadę do centrum Mojkowacza szukać sensownego miejsca do czekania. I znajduję perfekcyjne:

Opisuję im whatsappem miejsce dokładnie, a gdy już się zbliżają (mam ich pozycję live), to wystawiam rower na widoku przy drodze. Wszystko na nic, bo czemuś okazało się, ze funkcja whatsappa „wyślij lokalizację” ten jeden raz zadziałała źle (wskazała miejsce 2km dalej) – a że mieli lokalizację, to nikt moich opisów nie czytał – minęli mnie! Chwila paniki, próby dodzwonienia się – wrócili…


Dojeżdżamy do Podgoricy, do knajpy przy lotnisku, co ją wskazała trójka, która przyleciała tu samolotem. No to jesteśmy w komplecie: 11 rowerzystów + Piotr (kierowca). Fajnie jest znowu po polsku zagadać.

Kolejna pleskawica (zupełnie inna niż w Serbii – tutaj „kajmak” nie jest lekkim serkiem, ale roztapia się na gorącym kotlecie jak masło) – i zbieramy się na przejazd rowerami.

Ja próbuję się spakować w sam plecak (a sakwy zostawić w busie), ale po kolejnym powrocie do sakw po rzeczy, które jednak powinienem mieć ze sobą (np. zapasowe ogniwo do latarki), wkurzam się i troczę sakwy z powrotem . Generalnie w czasie tego tygodnia będę w busie zostawiał namiot, śpiwór, materac i buty górskie – reszta jedzie ze ze mną – tak jest zwyczajnie prościej.

Najpierw sklep (olewam go, przyzwyczajony do obfitości sklepików po drodze – błąd), potem wyplątywanie się z miasta i jedziemy przez suchą równinę do Cijevny: rzeki krasowej, co raz jest zupełnie sucha, by za chwilę pokazać się wśród skał. A góry wokół wypiętrzają się coraz okazalej.

Staram się wypatrzyć Grlo Sokolovo, czyli punkt widokowy przy wiosce na górze zbocza (miałem nadzieję tam dojechać w drodze do Podgoricy, ale nie zdążyłem) i chyba coś widać, zwłaszcza że po zmroku świecą się tam lampy:

A w ogóle to wjechaliśmy do Albanii i dojeżdżamy do Tamare, gdzie Longin chwilę wcześniej załatwił nocleg w ogródku restauracji. W toalecie restauracji niby nie było prysznica, ale była wschodnia „bidetka” czyli umycie się było całkiem spoko.

W ogródku tuż koło namiotów oczko wodne z „wodospadem” i pływającymi rybami – i widzieli tu kota, który zakradł się i wykradł jedną rybkę. Smacznego 🙂

Przejechane 42km.


Dwie przełęcze, każda po tysiaku

Tamare to miejsce niezwykłe, ze stromymi ścianami skalnymi nad głową. I właśnie je widzimy na pobudkę. Śniadanie w restauracji, kawka i w drogę.

Pierwsza przełęcz, w Albanii, wyprowadza ze świata suchego kamienia i „azjatyckiej” roślinności (np. granaty rosnące przy drodze) w coraz wyraźniejsza zieloność. Do podjazdu jest 1000m w górę w narastającym upale, więc pulsacyjne zraszacze ogrodów przy drodze są przyjmowane z entuzjazmem, podobnie przydrożne źródło (na zdjęciu jestem, idąc za przykładem Szymona, świeżo po zmoczeniu głowy i koszulki).

A na przełęczy knajpa, gdzie po dłuższym oczekiwaniu dostajemy 1.5kg grillowanej jagnięciny. Dobra była, ale z tymi kilogramami to była jakaś ściema 😉

To niedziela, więc z zaciekawieniem sprawdzam kościół, który jest tu na przełęczy: nowiutki, dopicowany, ale niestety zamknięty.

Zjazd – jak zwykle dostarczył sporo frajdy, potem znowu granica (wracamy do Czarnogóry), a potem doliną w stronę Plav, gdzie Longin organizuje zbiórkę dla chętnych podjechać na drugą przełęcz (Czakor) busem. Ja oczywiście nie mam zamiaru dać się podwozić, więc Plav pomijam, tym bardziej że jezioro wygląda z drogi bardzo niekąpielowo.

Ta przełęcz różni się diametralnie od pierwszej – to już nie są suche krajobrazy, to droga kręcąca się po „europejskim” lesie, wśród licznych źródeł wody. Dwa zupełnie inne światy jednego dnia. Początek podjazdu to skrót (główna nadrabia parę km, ale idzie łagodniej) przez przeuroczą dolinę. I wąską drogą, na której minięcie się z autem jest wyzwaniem (trzeba było stawać i wtulać się w krzaki).

Szybko też wyszło, że jestem najsłabszym z 5ki podjeżdżających. Najpierw złapała mnie bomba (nie miałem siły, paliwa zabrakło), a potem, gdy wafle ryżowe z bomby wyprowadziły, to już po prostu nie chciało mi się spieszyć w tę piękną noc 🙂

Ostatnie kilometry drogi widać z góry doskonale, więc reszta grupy (która już od dawna rozbiła się na campingu pod przełęczą), widziała jak wolno się poruszam i przystaję. Longin się wręcz zaniepokoił i poszedł mi na spotkanie, tak że miałem w ciemnym lesie spotkanie z jakąś szarą zjawą. Bardzo miłe to było, gdy podchodziliśmy razem do campingu, gdzie dostałem jeść (a nawet smacznego wina prosto z gwinta), potem rozbijanie namiotu, kąpiel (w trakcie zgasło światło, bo prąd tu z agregatu) i można spać. To był piękny dzień.

Przejechane 72km.


Kosowo. 1.5km w dół

Po rewelacyjnym, lokalnym śniadaniu jedziemy 100m w górę na przełęcz Czakor

Skąd mamy długi zjazd w dolinę, aż do miejsca gdzie drogę przegradzają betonowe bloki – granica z Kosowem – ale bez przejścia (mamy załatwione jeszcze z Polski pozwolenie).

Jeszcze kawałek kamienistą drogą i jesteśmy w kosowskiej dolinie, pełnej hoteli i drogich aut. Początkowo nie rozumiemy tego fenomenu aż nagle robi się spektakularnie. A już zupełnym przegięciem był mostek „tybetański” wyprowadzający na skałę z via ferrata.

Po wyjeździe z doliny piękny stary klasztor prawosławny („Patryjarchat”)

a kilkanaście km dalej – następny (Decani). Oba są chronione przez wojsko (bo prawosławne w muzulmańskim kraju) – ten z Decani przez KFOR.

Przejazd do Decani jest w największym upale, po ruchliwej drodze, a do tego lekko pod górę – mogło zmęczyć, ale nie było mowy o pauzowaniu, jeśli chcemy zobaczyć klasztor (wchodząc usłyszeliśmy że za 30 minut zamykają).

Z Decani już spokojnie – stale w dół do Gjakove, gdzie mamy rezerwację w hotelu. Potem jeszcze załatwianie busa na jutro (nasz bus nie wjechał do Kosowa – musimy zorganizować tutejszy), po czym kolacja w fajnej knajpie w centrum. Miasta kosowskie pełne życia we wschodnim stylu, drogi zatłoczone, wieczorne miasto intrygujące.

A w hotelu niespodzianka: nie dam rady spać na ichnim łóżku: bardzo miękki materac kłóci się z moim połamanym kręgosłupem. Jako że mam ze sobą śpiwór, a balkon ładnie nagrzany (płytki ciepłe praktycznie aż do rana), to idę spać na balkonie. I było mi tam dobrze aż do poranka, gdzie najpierw o 4:40 budziło wezwanie do modlitwy, a potem jakieś latające drobiazgi darły dzioby bez opamiętania.

Przejechane 82km.


Objazdówka Kosowa

Zaczynamy od śniadania na balkonie: bułki z pobliskiej piekarni i arbuz.

A potem pod hotelem punktualnie zjawia się zamówiony „bus vip”, gdzie kierowcą jest ten sam gostek z agencji, z którym wczoraj rzecz załatwialiśmy. Super, bo on ładnie mówi po angielsku i w ogóle jest chętny do współpracy. Zgodnie z umową najpierw wiezie nas do Prisztiny (stolicy Kosowa), pod katedrę Św. Matki Teresy z Kalkuty. Umawiamy się na za 2 godziny i robimy rundkę po mieście:

W katedrze właśnie jakaś duża uroczystość. Ktoś rozczaił, że to chrzest i wygląda, że w nabożeństwie uczestniczy też sporo muzułmanów. Katedra okazała, ale miejscami jakby jeszcze nieskończona – np. widać opiankowanie futryny wielkich drzwi do kościoła.

Wjechaliśmy na wieżę, obejrzeliśmy futurystyczny gmach biblioteki uniwersyteckiej, przeszliśmy przez dzielnicę rządową oraz główne deptaki z pomnikami, weszliśmy do meczetu, zjedliśmy lody. I w sumie tyle ze stolicy. Lody smaczne.

Potem pojechaliśmy do Graczanicy, dla starego monastyru. To już nasz kolejny monastyr, więc oglądaliśmy trochę zblazowani, aż tu nagle pojawił się on – człowiek, który o tym kościele potrafił opowiadać. Po angielsku i z dużą wprawą – to raczej wykładowca akademicki niż przewodnik. Pięknie nam ten kościół opisał, a na dzień dobry opieprzył za robienie zdjęć w kościele, skoro są już w internecie – adres na kartce na drzwiach: www.blagofund.org – bardzo ładnie zrobiona strona.

Ale opowieść naszego przewodnika – jeszcze lepsza. Opisał założenia budowli (że to de facto 5 kościołów, na co wskazuje malowanie), opisał postacie na ścianach, powiedział o królach fundatorach, wspomniał o komnacie dla księżniczki, gdzie przygotowywała się do ożenku, oraz wskazał na cztery „Mona Lisy” czyli postacie tak namalowane, że nie tylko wydają się wodzić wzrokiem za przechodzącymi, ale wręcz całe ciało postaci wydaje się być zawsze zwrócone w twoją stronę. A zapytany o jakieś potworności na ścianie przy wejściu, ładnie odpowiedział, że to obraz piekła i że on, jako stary człowiek (mówił że ma 70 lat), gorąco zachęca do skupiania się na niebie. Gdyby nie umówiony na zakazie parkowania bus, to z radością spędzilibyśmy z tym genialnym opowiadaczem jeszcze więcej czasu.

Następna do zwiedzania po drodze jest Jaskinia Gadime

Kolejną atrakcją jest, polecony przez kierowcę, przydrożny stragan z lokalną potrawą: flija. Jakby posklejane wiele warstw naleśnika, sprzedawane na ciepło – smaczne i pożywne. Do fliji dodawał jeszcze kiszone warzywa z wielkich słoików, a do tego poczęstował czymś, co jadłem pierwszy raz w życiu: ulęgałką. Naprawdę dobre! (to brązowe to jakby skarmelizowane).

A potem Prizren – znowu pętelka, w tym wyjście na zamek. W moich podkutych sandałach było mi tam trudno, ale to nic w porównaniu z tym, co znosiły tutejsze kobiety w imprezowych sukienkach i ładnych bucikach. Jedna pani zdecydowała się wręcz na pójście na bosaka (w pończochach), ze szpilkami niesionymi w ręku. Wszyscy tu twardo idą na zamek – to chyba jakiś ich punkt honoru, szczególnie jeśli to odwiedzający ojczyznę po latach (widziałem rodziny kosowskie, gdzie dzieci mówiły do rodziców po niemiecku).

A pod zamkiem ogólny harmider: knajpki, sklepiki z pamiątkami oraz dzieciaki fajnie hałasujące na bębnach.

Gdy jedziemy już z powrotem, po zmroku, nagle kierowca oświadcza, że pokaże nam coś pięknego. I prowadzi do zatłoczonego centrum handlowego. Tak, wiem, to typowe zachowanie (naganianie do zaprzyjaźnionych sklepów), ale chyba nie tym razem – jemu tu się naprawdę podoba i chciał się pochwalić.

A na koniec, już po odjeździe z tego „mall”, kierowca niespodziewanie zjechał z drogi i pokazał nam coś naprawdę ładnego:

Tej nocy płytki na balkonie już nie tak ciepłe, ale okazało się, że Robert szczęśliwie ma w sakwach materac dmuchany, więc tę noc śpię już nie na twardym.


Valbonë – znowu Albania

Dzień zaczynamy od śniadania w piekarni, po czym w podgrupach jedziemy do granicy. Wczoraj kupiliśmy z Dorotą na spółę melona, ale wieczorem już nie było na niego chęci, więc wiozę go w plecaku na sakwach. I teraz w drodze, po solidnym podejeździe, gdy zobaczyłem kran (przy jakimś memoriale ku czci poległych), to uznałem że to jego pora. Smakował wyśmienicie.

Granica albańska to też przełęcz, więc potem miły zjazd – do rzeki Valbony i do miasta, gdzie już czeka na nas Piotr z busem. O tej rzece to nawet nasz wczorajszy kierowca opowiadał – że bardzo zimna, ale czysta i piękna. I dokładnie tak było.

Obiad w Barjam Curri, w eleganckiej restauracji (tam też spotkanie z busem) , po czym ruszamy w górę rzeki. Jest naprawdę gorąco, a podjazd długi i bez skrawka cienia – gdy w końcu dolina zakręca i drogę pokrywa głęboki cień, to różnica jest dramatyczna.

A potem widzimy kolejne kąpielisko – i tak, jak wcześniej ograniczyłem się do brodzenia, to teraz już wiem na pewno, że muszę się zanurzyć w tej lodowatej wodzie. Wspaniałe uczucie! Po schłodzeniu lepiej się jedzie pod górę, w głąb tej pięknej doliny.

Na końcu doliny kurort, z gmachami hoteli, kolejnymi campingami, sklepikami, a nawet ze ścieżką rowerową (oczywiście zajętej przez krowy i piechurów). Asfalt się kończy, a my kamienistą drogą jedziemy na ostatni camping do dolinie. Stąd jutro ruszamy na piechotę.

Przejechane 80km


Trekking Valbona – Theth

Rowery i bagaże do busa, sandały zmienione na buty górskie, w plecaku górskie przydasie oraz 2 butelki wody. Nie ufam swojemu chodzeniu po górach, więc ruszam przed główną grupą (żeby nie musieć ich gonić).

Jeszcze wcześniej ruszyli Wojtek z Dorotą – chcą wejść na szczyt ‎Maja e Jezercës. Oraz Robert, który specjalnie na tę chwilę wziął drugi rower: full z uprzężą do noszenia: dojedzie (w części, resztę wniesie) do odbicia szlaków, zapnie rower, wejdzie na Maję, zejdzie, a potem zjedzie z przełęczy. Inspirował się tym filmem. Dał radę – potem relacjonował: „strome trawki, eksponowane półeczki, skalny koń, ruchome piargi, płat śniegu z głęboką (10+ m) szczeliną brzeżną, piargi cd., (kiepsko) ubezpieczony próg skalny, finalny odcinek grani.”.

No i doszedłem. I chłonę widoki – podobnie jak kilkadziesiąt innych osób tutaj. Nie chce się stąd ruszać. Obserwuję ludzi cieszących się górami oraz psy, które może i przyszły tu po jakieś kąski od turystów, ale zajmują się głównie ostentacyjnym, przesadnym lenistwem – trzeba się starać, żeby na nie nie nadepnąć:

Ale w końcu trzeba się ruszyć – muszę się zmierzyć z moim wyzwaniem, czyli zejściem 1100m w pionie. Po urazie kolana 7 lat temu musiałem bardzo ograniczyć chodzenie po górach, właśnie z powodu obawy przed zejściami, z którymi się moje kolano nie lubi. Ale ostatnio było coraz lepiej, mam mnóstwo czasu na odpoczynki – mam nadzieję że się uda.

Bardzo uważałem, robiłem przerwy, gdy tylko zauważałem zmęczenie mięśni – i udało się bez większych problemów. Hurra! Jest dla mnie nadzieja!

W drodze spotykałem najróżniejszych ludzi, w tym Polaków (najbardziej mi się podobało spotkanie, gdy dzieciak głośno oświadczył po polsku „Tu było takie ładne miejsce, ale ten pan go zajął” — i tak fajnie się speszył, gdy mu odpowiedziałem również po polsku „Bardzo mi przykro” 🙂). Ale najdziwniejsze dla mnie spotkanie, to konie niosące bagaże. Piotr (kierowca busa) mówił później, że droga naokoło gór z Valbony do Theth zajęła mu 6 godzin – najwyraźniej transport walizek końmi przez przełęcz nadal jest tańszy niż autem naokoło:

Theth to strasznie tłoczne i głośne miejsce. Hotele, knajpy, auta przeciskające się gruntową drogą między turystami. Na szczęście nasz camping trochę na końcu tego wszystkiego – koło restauracji, gdzie wszystko byłoby bardzo spoko, gdyby nie drobiazg: z głośników leciała na okrągło „muzyka” generowana przez AI na bazie jakiś transowych kawałków. Na szczęście na campingu prawie tego nie słychać.

I jest prysznic z gorącą wodą – podgrzewaną przez przepływowy piecyk gazowy (charakterystyczny odgłos), więc nie powinno dla nikogo zabraknąć. Ale jednak coś nie zadziałało – potem mi wypominali, że robiłem złudną nadzieję opowieścią o piecyku, bo byłem jedynym z naszej grupy, co kąpał się w ciepłej wodzie 🙂

Ja przychodzę praktycznie równo z resztą grupy, Robert dojeżdża chwilę później. Wojtek z Dorotą dopiero po zmroku.

Przejście 14km


Zjazd 1600m – do Szkodry

Poranny podjazd 1000m na przełęcz, po dniu bez roweru, był czystą przyjemnością. Na górze elegancka restauracja, a nieco dalej (na właściwej przełęczy): gostek z arbuzami i serami. Droga z Theth kręta i z dość dużym ruchem, ale tylko jeden wariat na drodze (jadący na czołówkę z rowerem) – bardzo pozytywne zaskoczenie!

A potem wspaniały zjazd pod silny, gorący wiatr, na niziny.

Południowe pauzowanie w bardzo przyjemnej pizzerni, potem przejazd przez Szkodrę (bocznymi drogami, gdzie pełno rowerzystów, a nawet była ścieżka rowerowa, wydzielona słupkami od drogi) – a na koniec dnia zamek.

Ostry podjazd – daję radę, ale pod koniec zmyliłem drogę i trafiłem na parking, gdzie już nie chciało mi się kombinować, tylko zapiąłem się do słupa i poszedłem zwiedzać. Zamek zaskakująco ładny, a do tego wreszcie do kupienia są jakieś pamiątki nie będące albo kiczem totalnym albo jakąś ekspresją lokalnego nacjonalizmu (flagi, orły, itd).

Zwiedzam z Robertem, który opowiada jak to wiele lat temu, też w trakcie Longinady, najlepszą miejscówką do spania był właśnie ten zamek (zamknięty na noc). Dogadali się ze strażnikiem i namioty rozbili na trawie między murami. Taka noc i poranek to musiało być coś!

Camping tuż koło zamku, wieczorne piwko lane do kufli wyciąganych z zamrażarki (bardzo rozsądny zwyczaj). Rzeka nad którą stoimy, jest wielka a prąd silny – co ciekawe rano woda jest około 1.5 metra niższa, co Longin tłumaczy faktem, że niedaleko jest zapora i najwyraźniej wodę puszczają w większej ilości wieczorem, gdy jest duże zapotrzebowanie na prąd.

Przejechane 85km


Adriatyk gorący

No i skończyliśmy w morzu. Pierwotny plan zakładał domknięcie pętli do Podgoricy, ale nowy wariant jest dużo lepszy – zmiana została przyjęta z entuzjazmem. A mnie się wyrwało, że Longin tym razem opracował wycieczkę w wersji premium – co podchwyciła Justyna i kazała mi użyć tego słowa w tytule wpisu na blogu – jak widać zastosowałem się 🙂

Jedyny problem to nieco dłuższa trasa busem do Polski, co przekłada się na konieczność zrobienia przystanku po drodze. Ale przecież to żaden problem. Jedziemy do Baru!

Przez most, do granicy, po czym odbijam na boczne drogi – planer tam sprytnie poprowadził tak, że wszędzie był asfalt (i zero aut), a przy okazji można było zobaczyć pola, dzikie oliwki i granaty, a nawet spotkać żółwia:

Stoję sobie spokojnie w cieniu drzewka z granatami, a tu nagle coś tupie po asfalcie. Jak mnie zobaczył, to przez chwilę próbował chować się w skorupie, ale przede wszystkim przede mną uciekał – zadziwiająco szybko. A potem w krzakach długo hałasował.

Potem powrót na główną drogę – tutaj świeżo po remoncie, więc z bardzo czarnym asfaltem. I bez grama cienia ani wiatru, a do tego dochodzi jeszcze delikatny, ale stały podjazd. Oj, jak smażyło! Ale za to jak przyjemnie się zrobiło, gdy pod koniec podjazdu pojawił się wietrzyk, a chwilę później: widok z góry na tak bardzo błękitne morze!

W końcu jest też sklepik z zimnymi napojami, gdzie właściciel wraca za ladę spod cienia drzewa, gdzie z kumplami popijają wódkę. Resztę cienia wykorzystują koty, bardzo sobą zajęte. A w koronie drzewa cykady robią co mogą, by słychać było tylko je. Całkiem przyjemnie mi się tam popijało bardzo zimną, doskonałą w smaku, oranżadę serbskiej firmy Књаз Милош.

Morze widać z góry – pora zjechać niżej. Nie od razu na plażę – najpierw do Starego Baru.

Tam chwila bardzo ostrego podjazdu, zapięcie roweru i w miasto.

Śliczne! I pełne sklepików z ładnymi pamiątkami. I sprzedawcy przyjaźni, niektórzy nawet mówiący po polsku. Sprzedawca soku świeżo wyciskanego z granata (podawanego z kostkami lodu – pycha!) mówił nawet, że ma rodzinę w Tomaszowie Mazowieckim. (A jak mnie później zobaczył umordowanego na maxa po wizycie w zamku, to dostałem od niego gratis szklaneczkę zimnego soku). Kręta uliczka obstawiona knajpkami i sklepikami prowadzi na zamek.

Jest gorąco – najwyższa pora ochłodzić się w morzu! To już tylko kilka kilometrów.

Przejechane 53km.


Pluskamy się w tym ciepłym (wręcz zbyt ciepłym jak na ten upał) morzu. Woda bardzo słona a fale łagodne – można wręcz leżeć na wodzie. Trzeba tylko się pilnować by słońce nie spaliło, bo opaleniznę mamy wszyscy „rowerową”, strasząc bladymi brzuchami.

Pewnie gdybym miał tu spędzić kilka dni, to bym z nudów oszalał, ale te kilka godzin doskonałego lenistwa – weszło doskonale. Potem opłukanie się pod plażowym prysznicem ze słodką wodą, obiad w knajpie na plaży (ostatnia pleskawica) – i zbieramy się.

Z plaży mamy raptem kilometr do hotelu, gdzie odlatująca trójka ma nocleg – i tam robimy pakowanie busa. A przy okazji korzystam z hotelowego prysznica (poprawka po plażowym prysznicu, ale czemuś po kąpieli w morzu pocę się obficie), oraz patrzę na rosnące przed hotelem drzewko kiwi:


No i w drogę. Mój złamany kręgosłup słabo znosi tyle godzin siedzenia, ale wybawieniem jest przerwa na przyautostradowym parkingu w Chorwacji – stajemy tam na 4 godziny, w czasie których Piotr śpi w busie, a reszta rozbija się na trawniczku. Jedni w namiocie, inni wprost na materacu, a ja szybko rozstawiłem samą sypialnię, bez wbijania szpilek. Wyciągnięcie się na płaskim materacu – wspaniałe! Te 4 godziny snu dały więcej niż cała reszta drzemania w busie.

Trójka lecąca z Podgoricy, oprócz wieczoru na plaży, miała też przygodę: „Pociąg się nie pojawił. Podobno grubsza awaria. Dowiózł nas gospodarz z noclegu dzięki kontaktom Doroty” – nie zazdroszczę nerwów i podziwiam, że sobie poradzili. Brawo Dorota!

Dojeżdżamy do Krakowa i większość tu wysiada – stajemy tuż przy dworcu, żeby mogli szybko przesiąść się na pociąg. Ja mam tylko 15km do domu, ale jestem wdzięczny synowi, który po mnie przyjechał autem. No i koniec bałkańskiej przygody.

A razem z moim dojazdem do Czarnogóry:

Wnioski sprzętowe

  • Naturalne materiały są nieocenione na upały. Nawet najlepsza koszulka „techniczna” zdecydowanie przegrywa z włóknem naturalnym przy temperaturze >40°. Dobitny dowód miałem nad morzem, gdy w mojej ulubionej, sprawdzonej koszulce technicznej spociłem się jak szczur, a po przebraniu w wełnę ulga była natychmiastowa. Miałem na wyjeździe koszulę lnianą (65% len, 35% bawełna) i lniane krótkie spodenki. Koszula z długimi rękawami była świetna na ochronę przed słońcem, ale na podjazdach w upale była niepraktyczna – w końcu poszła do kosza (tak że potem większość czasu jeździłem w jednej koszulce wełnianej). Dłużej przeżyły spodenki, bez których wręcz trudno mi wyobrazić sobie najcieplejsze dni. Spodenki też w końcu trafiły do kosza, ale dlatego że się podarły. Bo one są „na plażę” a nie do katowania na rowerze. Na następny wyjazd wiem, że będę miał dwie koszulki wełniane oraz muszę spróbować kupić jakieś gatunkowe spodenki z lnu lub wełny.
  • Zmieniam tarcze hamulcowe na 180mm. Na początek na przód. Nie może tak być, że na najpiękniejszych zjazdach myślę głównie o tym czy hamulce wytrzymają.
  • Isostaru miałem za mało. Zawsze biorę tyle proszku ile się zmieści w butelce 0.6l ale na taki upał powinno być więcej. Piłem isostar, gdy już czułem że picie wody nie gasi pragnienia, a powinienem wcześniej.
  • Podobnie z suplementowaniem się magnezem i potasem – mięśnie prosiły o więcej (bolesne skurcze), a ja miałem odliczone skromne porcje na każdy dzień.
  • Patelnia tu świetna sprawa na wyjeździe.
  • Tym razem ubrania na niepogodę były całkiem zbędne, ale przecież nie miałem pewności – trzeba je było wziąć, choć np. ciepły polar zajmował absurdalnie dużo miejsca. Musze poszukać czy nie ma czegoś mniejszego, a równie skutecznego. Jakies powerstretche czy coś w tym stylu.
  • Nie wolno przed wyjazdem zaniedbywać „pakowania zero”, czyli sprawdzenia czy sakwy mieszczą całość bagażu: bez kanapek na pierwszy dzień, ale z namiotem w środku. Dzięki temu, po wyjęciu namiotu z sakw na górę bagażnika, w sakwach masz odpowiednią rezerwę na bieżące zakupy spożywcze. Tym razem część pojemności zajęły buty górskie, więc pakowanie było nietrywalne, ale przy odrobinie uwagi dałoby się zrobić. A tak to musiałem się posiłkować plecakiem na górze bagażu, tak że rower wyglądał jak wóz cygański.
  • Nawet minimalne osłonięcie butelek z wodą dużo daje. Butelki z tyłu sakw, w cienkich pokrowcach termicznych, wystawione na słońce wyraźnie dłużej zachowywały chłód niż bidon. Nie chodzi o to by pić lodowaty napój z termosa, ale gorąca „zupa” z bidona to też nie było to. Muszę poszukać czegoś rozsądnego z termoizolacją.
  • Absurdalnie droga kamizelka odblaskowa Apidury była dobrym zakupem – w ogóle jej nie czuć po założeniu (także w upalną noc), a jej odblaski są wyjątkowo efektywne.