
Longin wymyślił objazd Gór Przeklętych („Alpy Albańskie”) : Czarnogóra, Albania, Kosowo. Plus trekking przez Dolinę Valbony. Plus objazdówka Kosowa. I to wszystko w tydzień – prawda, że ambitny plan? Czarnogórę zdążyłem już poznać od najlepszej strony, więc bardzo chciałem znów tam pojechać, ale spojrzenie na mapę oraz prognozy pogody uświadomiło, że to może być zbyt duże wyzwanie: długie podjazdy + solidny skwar — czy ja dam radę?? No to postanowiłem wydłużyć wyjazd o tydzień 🙂
Konkretnie wymyśliłem, że warto by się najpierw zaadaptować do upałów na Równinie Węgierskiej. Np. przejechać z domu do Belgradu, a więc jakby uzupełnić drogę naddunajską (EuroVelo 6) sprzed 3 lat. Ostatecznie stanęło na wariancie optymistycznym, redukującym przejazd Równiną do 3 dni: pojechać nocnym FlixBusem do Budapesztu i stamtąd ile dam radę – może nawet do Podgoricy? Ile dam radę, bo umówiłem się z Longinem, by zatrzymał mi miejsce w busie – od Belgradu jechałem zgrubsza trasą busa, więc było sporo miejsc skąd mógł mnie zabrać. Wyzwaniem miał być najpierw upał, a potem Serbia, do której – przyznaję – byłem nieco uprzedzony.
Przed siebie
Przychodzi czas wyjazdu. Najgorsze przewidywania pogodowe się spełniają: w Krakowie od tygodnia upały do 38° w cieniu (47° „na kierownicy”) i na Bałkanach ma być podobnie. Do FlixBusa wsiadam po pracy w piątek (przed północą), wysiadam o 6 rano w Budapeszcie.
Noc w busie raczej nieprzespana, do tego bagaż nieco za duży. Nie zdążyłem przed wyjazdem zrobić pakowania „zero” i po zabraniu wszystkich „przydatnych rzeczy”, np. patelni, 3 zapasowych dętek, filtru do wody, butów górskich, czy lnianej koszuli z długim rękawem od słońca – muszę jechać z plecakiem na górze bagażnika. Mój startowy (z jedzeniem) bagaż to aż 18kg – sporo. Za to ten jeden, pierwszy dzień ma być mniej upalny – spróbuję więc pojechać nieco więcej.
Poranek przepiękny – błękitne niebo, ale z rana jeszcze bez skwaru. Pyszne kanapki od Marzenki spałaszowane w pustym parku, po czym wyplątuję się z Budapesztu i jadę na południe, wzdłuż Dunaju. Najgorętszą część dnia spędzam na obiedzie w całkiem przyjemnej restauracji, ale generalnie dziś pogoda nieco odpuszcza: na niebie bywają obłoki. Ale generalnie czuć i widać długą suszę – wszystko jest wyschnięte na wiór, a szutrowe drogi często robią się piaszczyste. No i Dunaj jest wyraźnie niższy – najlepiej widać to w Baja, gdzie 3 lata temu na odnodze było radosne kąpielisko, a dziś – prawie wyschnięte koryto.
















Lubię tę drogę naddunajską. Jest pusto i pięknie, a dzięki szerokim oponom (50mm) bez problemu radzę sobie w odcinkach terenowych. A gdy wieczór zsyła nieco niższą temperaturę, to w ogóle robi się sielanka. O zachodzie słońca dojeżdżam do Baja, skąd o zmroku jeszcze dokręcam 20km – żeby spać na campingu, a nie na kwaterze w mieście.

Gdy dojeżdżam do wioski z campingiem (Dunafalva), to tam trwa impreza – słychać ją z daleka i widać wprost z wału. Dopytuję się uczestników, czy można tu nocować – nie ma problemu, choć niby nikt tu nie jest władny. Ale poją zimną wodą z dystrybutora (och!) i pozwalają skorzystać z prysznica w jakby boiskowej szatni (och!! jak dobrze!). Z czasem orientuję się, że chyba źle trafiłem i jak w końcu sprawdziłem – rzeczywiście: camping, zupełnie pusty, był odrobinę dalej. Ale tu przy węgierskiej muzyce, po kąpieli, też mi dobrze. To była lokalna impreza na stadionie, ale mimo piwa bardzo kulturalna. Przy muzyce, po dłuuugim dniu, spało mi się doskonale.

To był wspaniały, odpoczynkowy dzień. Po prostu jazda przed siebie – żadnych zmartwień i oczekiwań, sprzęt działa, nic nie boli – czysta przyjemność z jazdy. Dokładnie tego potrzebowałem!

Niedziela: dalej wzdłuż Dunaju
W domu, przed wyjazdem, trochę czasu spędziłem w sieci wynotowując godziny porannych mszy w okolicach potencjalnych noclegów (od Baja po Sombor). Nie znalazłem tylko, że tuż koło stadionu jest nowiutki kościół z mszą o 8:00 (dowiedziałem się o nim z dzwonów o poranku). Ale skoro już się obudziłem wcześniej, to szkoda dnia – cisnę 22km do wynotowanej kaplicy z mszą o 7:30. Ksiądz zmordowany gorącem w ornacie i 25 wiernych. I ja, próbujący dopasować węgierskie słowa do przebiegu mszy. Zdecydowanie warto było się postarać o ten dobry początek dnia i tygodnia w podróży.




W drodze do kościoła przejeżdżam przez Ujmohacs – to tu 3 lata temu przeprawiałem się promem z drugiej strony Dunaju. Czyli odtąd już jadę nową dla mnie drogą: nadal EuroVelo 6, ale wariantem serbskim.
Przed granicą szukam miejsca gdzie mógłbym wydać ostatnie forinty, a przy okazji cokolwiek zjeść (jestem bez śniadania). Jako że niedziela, to znajduję tylko zimny sok brzoskwiniowy w knajpie, oraz lody i ciastka na stacji benzynowej. Ale przynajmniej jest zimna woda butelkowana. No to jadę na granicę. W Serbii pierwsze co sprawdzam, to czy działa mi kupiony jeszcze w Polsce esim (pakiet „Bałkany Zachodnie” czarnogórskiego tmobile) – działa! Mam internet!
A w miasteczku za granicą nie kupię nic – nie zaplacę ani kartą, ani euro. Cóż, szukam w sieci, że najbliższy bankomat jest już za parę kilometrów. I z pieniędzmi w garści zjadam moją pierwszą w życiu pleskawicę – i to że taka pyszna, to nie tylko zasługa głodu.

Pierwsze serbskie miasto to Apatin. Ładnie przytulone do Dunaju (po chorwackiej stronie jest park narodowy, którym się tak zachwycałem 3 lata temu), a pod miastem fajne plaże. Nie kąpię się (jakoś nie bardzo ufam czystości przy tak niskim stanie wody), ale przejście się po parzącym piasku i zanurzenie nóg w rzece jest świetne. Jest naprawdę gorąco – zakładam moją lnianą koszulę z długimi rękawami i sprawdza się doskonale. Podobnie lniane spodenki są o niebo lepsze niż decathlonowe, z poliestru. Naturalne włókno robi robotę! Nad Dunajem stoi też okazała cerkiew – młoda, ale pięknie zdobiona.








A potem znowu naddunajskie pustkowia. Gdy upał odpuszcza, robi się bardzo przyjemnie, a ja wyluzowany jadę aż po koniec dnia. Zastanawiam się nad rozbiciem się bezpośrednio nad rzeką, ale tam wędkarze – zamiast tego rozbijam namiot koło szutrówki na wale przeciwpowodziowym. Dzień gaśnie spektakularnie, zasypiając mam nad głową (namiot oczywiście bez tropika) milion gwiazd, w tym zaskakująco wiele ruchomych (meteoryty, samoloty, starlinki).












Przed snem przyjemność ekstra: w serbskim sklepie jajka kupuje się na sztuki. Więc oderwałem sobie w sklepie kawałek wytłoczki i zabrałem do plecaka na bagażniku 4 jajka. I z dwu z nich zrobiłem na kolację jajecznicę na mojej patelni, zaimprowizowanej z Triangli mini i starej łapki do garnków. Na łyżeczce oliwy, którą zabrałem w maluśkiej buleteczce. Takie głupie „zabawy sprzętowe”, ale gdy zadziałają w terenie, to jest to spora przyjemność. A to zadziałało: Trianglia ładnie wpasowała się w Alpha Pot, waży tyle co nic (76g sama pokrywka, 124g wszystko), a jak widać robotę robi.


Dziś przejechane 133km, 340km od poczatku wyjazdu.
Fruszka Góra
Mogę dalej jechać wzdłuż Dunaju – aż do Nowego Sadu i dalej na Belgrad. Tak jak EuroVelo 6 każe. I tak pewnie najsprawniej bym kilometry kręcił, co o tyle istotne, że gdybym dziś zrobił ze 200km, to byłaby szansa na całe 1000km do Podgoricy w tydzień. Tyle że już pomału czuję przesyt nadrzecznymi pustkowiami, a jednocześnie nie mam żadnej ochoty na przejazd przez duże miasto (Nowy Sad). Ostatecznie decyduję się sprawdzić moją adaptację do upału, skręcając w Baćka Polanka na most na Dunaju (na krótko wjeżdżam do Chorwacji) i potem w pierwsze solidne podjazdy na tym wyjeździe.
I wszystko poszło nie tak: poranek na wałach był tak miły, że nie ruszyłem odpowiednio wcześnie. Potem 66km do Polanki też zajęło więcej niż myślałem (bo w większości droga szutrowo-terenowa), więc już pod koniec zacząłem się spieszyć, czyli w Polance nie szukałem obiadu, a zadowoliłem się sklepem gdzie nakupiłem wody do oporu (w bidonach mam 2l, w izolowanych butelkach z tyłu sakw 3l, do tego wrzuciłem jeszcze pod plecak 2 butelki 1.5l – w sumie miałem 8kg wody i to wcale nie było za dużo). Szczerze mówiąc w taki upał nie ma ochoty na wczesny obiad, zresztą na każdej tablicy informującej o Fruszkiej Górze był znaczek restauracji.
Potem jeszcze dwukrotne przekraczanie granicy (4 przejścia) i w efekcie na podjazdy ruszam w największym skwarze (36° w cieniu). Do tego nie mogę już liczyć na moją lnianą koszulę – ona chroni przed upałem z zewnątrz, ale gdy na podjeździe ja ciepło wydzielam, to koszula nie sprawdza się.












Na szczęście na początku podjazdów jest fajna wiata – siądam sobie w cieniu i szamam kupiony w Baćka Polance kawałek arbuza. Smakował znakomicie z jednej strony, ale okazało się, że z drugiej jest zepsuty… A knajpy ze znaków drogowych? Były – zrujnowane i pozamykane. Dlaczego wtedy nie wyciągnąłem kochera i nie zrobiłem drugiej dziś kaszy? Naprawdę nie wiem – wychodzi, że dobrowolnie wybrałem sobie dzień ostrego piłowania w upale i na głodnego – bez sił ciągnąłem te liczne podjazdy.





Ale sumarycznie to naprawdę ładne miejsce. Tylko że z tego zmęczenia nawet nie myślę o skręcaniu w bok (i w dół!) do licznych tu klasztorów. Byle do przodu, uparcie.
Sklepiko-kawiarnia pojawiła się dopiero pod koniec dnia – już na zjeździe. Jeszcze tylko słynna wieża telewizyjna i zjazd o zmroku do upragnionego campingu. Oh, jak dobrze mi tam było! Kąpiel, pranie, zimne piwko. I oczywiście kąpałem się nocą w tym basenie 🙂






Przejechane 129km, 469km od początku wyjazdu.
Klasztory Fruszkiej Góry, Belgrad, Ub
Rano znowu mam dylemat: tempo czy jakość. Jakbym po prostu pojechał w dół i potem na Belgrad, to nakręciłbym kilometrów, ale wtedy z Fruszkiej Góry zapamiętałbym tylko zmęczenie. Nie chcę się wracać, więc np. klasztoru Novo Hopovo (ponoć najładniejszy) już nie zobaczę, ale mam w zasięgu dwa bliższe: pobliski Velika Remeta, a potem mogę zjechać polnymi drogami w dół, do monasteru Kruszedol.
Odwiedziłem je i to była dobra decyzja. Piękne są, zwłaszcza o poranku – z nabożeństwami i modlącymi się wiernymi (zdjęcia dyskretnie i mniej niż chciałem). Żadnych mnichów z mieczami (jak to widzialem w klasztorze na drodze do Srebrenicy) – po prostu modlitwa i kontemplacja. Bardzo pozytywne doświadczenie.












Jeśli wszystkie 17 klasztorów Fruszkiej Góry są tak urokliwe, to można w tych górach spokojnie tydzień spędzić. Może kiedyś.
Potem zjazd do cywilizacji, czyli najpierw fajna droga przez pola (oznaczona jako rowerowa i faktycznie idealnie wygodna, także w części gruntowej), ale potem główna. Miało być tylko kilkanaście kilometrów grozy, bo potem na mapie jest EuroVelo 6 i droga rowerowa – jednak, z krótkimi wyjątkami, ta droga była tylko na mapie, a w rzeczywistości była ruchliwa krajówka. Brr.
Za to w piekarni przydrożnej kupuję burka z mięsem – takiego jak miejscowi kupują. Jest on nieporównanie lepszy niż wersja z serem, jedzona kiedyś w Chorwacji – ten burek choć tłusty, to jest smaczny i pożywny.




Belgrad w tym upale oczywiście męczący, ale też zaskakująco ładny. Gdy w końcu udało się zjechać z ruchliwej drogi na uliczki starej dzielnicy na skarpie nad Dunajem, to mimo upału zrobiło się całkiem przyjemnie. Napotkana po drodze para sakwiarzy zatrzymała się w pierwszej restauracji z widokiem na Dunaj i oni wybrali dobrze – aż przyjemnie było na nich patrzyć, jak się cieszą urokami chwili.
Ja pociągnąłem dalej, co skończyło się tak, że musiałem zrobić pauzę w parku nad rzeką: potrzebowałem dłuższej odsapki, by w końcu zebrać się na wjazd do śródmieścia na górce. By zobaczyć zachwalaną atrakcję Belgradu: sobór Św. Sawy. Mnie ten sobór rozczarował – miał być piękny, a był przede wszystkim potężny.












Jescze tylko prom przez dopływ Dunaju – rzekę Sawa (niska woda – myślałem ze nie wypcham ciężkiego roweru po stromej pochylni w moich podkutych butach), jeszcze pylista gruntówka i dojeżdżam do wypatrzonej restauracji nad rzeką. I tam przy zupie rybnej znajduje nocleg na booking 50km dalej.








I niespotykane zdarzenie na drodze. Takiej pył + wyboje (jakiś rurociąg budują). I ja tam, świeżo po zupce rybnej, z odblokowanym amorem, ciągnę ok. 25km/h, czyli zgrubsza tyle, ile napotkane po drodze auto. I kierowca sie zreflektował i odpuścił! Zawołał zebym jechał pierwszy, bo nie chce mi pylić. Poważnie! Kierowca dał się wyprzedzić rowerzyście – nie sądziłem ze taka możliwość w ogole istnieje, zwłaszcza w kraju, gdzie kilka % kierowców ma ewidentne zaburzenia, a zdarzenia typu auto zjezdząjące na czołówkę (bo kierowca się zagadał przez komórkę) są codziennością.
Do Ub przyjeżdżam o zmroku, a kwatera z booking okazuje się mieszkaniem w bloku. Miałem dostać na maila kod wejściowy, ale nic nie dostałem. Na domofonie odzywa się jakaś kobieta, panikująca (rozłącza się), gdy tylko słyszy angielski, a gdy w końcu inny mieszkaniec wpuszcza mnie do środka, to okazuje się, że część drzwi w ogóle nie ma numerów, tak że nie mogę znaleźć mojego „51”. Co robić? Włączam mojego polskiego sima i wysyłam smsa do właściciela – pomogło: właściciel smsem tłumaczy, że nr 51, w odróżnieniu od innych 5x, jest na piętrze 4… Gdy tam wyjeżdżam windą, to właśnie zastaję w drzwiach 51 tę panią, co się rozłączała na domofonie – na migi (i translatorem) już się dogadujemy. Mieszkanie czyste, na parkingu na dole właśnie (po 21:00) zaczynają się bawić dzieci. W sumie w tym upale to dość logiczne – dopiero teraz kopanie w piłkę nie jest mordęgą.

Na pewno mordęgą był mój dzisiejszy Belgrad – przepychanie się przez centrum w dużym ruchu lub po iluzorycznych ścieżkach, namalowanych farbą po chodniku, było naprawdę męczące. Trzeba było sobie darować ten gigantyczny kościół Św. Sawy i uciekać z miasta jak najszybciej.

Przejechane 138km, od początku 607km.
Góry! Podjazdy! Divcibare
Zaczęło się niewinnie: obłoki na niebie (długo smażyło z umiarem) i urokliwe pagórki. A potem gruntówka, potem długi podjazd 12%, a potem prawie 1km w górę.
Ale była też kafana (jak pyszną kawę tu robią: niby sypanka, ale jakoś ciekawie gotowana z odrobiną cukru – daje kopa lepszego niż mocne espresso), dojrzałe śliwki z bezpańskiego drzewa i po prostu super okolica. Taka swojska.
















Divcibare to jakiś lokalny kurort górski – są wczasowicze i młodzież „kolonijna”, jakieś gmaszyska wczasowe oraz liczne karczmy. Oraz kelner mówiący do mnie „my friend”.
Zjazd był przepyszny, ale też był testem czujności: dobrze że przyjrzałem się uważniej temu, co mi tu planer wymyślił. Jak wcześniej proponował sensownie (dziś jechałem trasą wytyczoną przez mapy.cz), to tu chciał mnie wpakować w zjazd jakąś leśną ścieżką, co z sakwami mogłoby być trudnym doświadczeniem.




Na dole, w Pożegrze, skromne muzeum kolejnictwa – bez biletów, otwarte z drogi. Lokomotyw mało i mocno zniszczone, ale i tak warto było odwiedzić – lubię te klimaty. Za to gdy wyjeżdżałem z terenu muzeum, to zauważyłem spory kolec wbity w oponę (ocierał się o błotnik) – siedział dość głęboko, ale najwyraźniej nie dość, by przebić przez wkładkę.




Znowu wziąłem kwaterę – jak lubię noclegi pod namiotem, to prysznic po takim dniu ma swoje zalety. Poza tym, choć na mapie widać było potencjalne miejsca na nocleg na dziko, ale w rzeczywistości wszędzie tam były pola lub gęste zarośla – dobrze że mogłem spokojnie jechać do zmroku, mając zaklepaną kwaterę w Arilje.
Kwatera to jakiś hotelik firmy transportowej – gdy przyjechałem, to był zupełnie pusty, ale z pootwieranymi drzwiami do pokojów. Jak koło 23 pojawiła się pani z obsługi, to próbowała mnie przekonać, że wybrałem zły pokój i żebym się przeniósł do innego, ale odpowiedziałem, że już śpię. Jak dostała należność gotówką, to już mnie więcej nie niepokoiła.

Przejechane 121km, od początku 728km.
Uvac
W hoteliku niby jest kuchnia, ale jedynym źródłem ciepła jest płyta indukcyjna: nie współpracuje z moją patelnią. No to palnik i jajecznica gotowa. I ruszam zaraz po 6.

Temperatura 12°, a ja jadę boczną drogą (częściowo asfaltową). Jaki przyjemny poranek!




Gdy w domu myślałem nad trasą, to wychodziło, że jeśli chcę odwiedzić Meandry Uvaca, to muszę choć w części jechać krajówką. To co widziałem w Arilie (hotelik przy tej drodze) zdecydowanie nie zachęcało – stąd poszukiwania alternatyw. Pierwsze 14km bocznymi drogami pokazały że się dla, dlatego potem ze śmiałością znowu zjechałem na boczne. Było górzyście, czasem gruntowo, ale pięknie. I oczywiście była też „domaci kafe” w wioskowej kafanie. Podana z taką ciekawą, mało słodką galaretką.












I w środku pustych gór znalazłem sobie miejsce, gdzie uznałem że obiad z liofa, w cieniu drzewa, będzie najlepszym sposobem na południowy upał. I naprawdę dobre to było – dla takich właśnie chwil, jak to lenistwo na łące, warto było tu przyjechać.
A potem zjeżdżam do krajówki.




A krajówka o dziwo prawie pusta. Wygląda na świeżo remontowaną (sporo kawałków nowego asfaltu + kilka fragmentów w budowie) – może to zniechęciło ciężarówki? W każdym razie zamiast zjeżdżać na ewidentnie trudne tu gruntówki, po prostu lecę komfortowo główną aż do rzeki, gdzie mam szukać odbicia na punkt widokowy Molitva. Odbicie okazało się asfaltowe (prawie całe), więc niby 9km do punktu widokowego to powinien być pikuś. Ale nie doceniłem skali podjazdów – zmordowałem się tam jak dziki, a nawet trochę musiałem prowadzić.




Za to na miejscu – bajka!






W drugą stronę wcale nie było łatwiej, a to że była przewaga ostrych zjazdów oznaczało, że trzeba było uważać, żeby nie spalić klocków. Niby uważałem, ale nie dość – przysmażyłem je tak, że tylni stracił trwale większość siły. Eh…
Spać mogłem tu i na dziko i jednym z kilku campingów nad Uvacem, ale widząc trudność tych wzgórz, stwierdziłem że lepiej się z nich wyplątać jeszcze dziś – jade na nocleg do Sjenic. Czeka tam na mnie miły gospodarz, z którym dało się pogadać mimo niewielkiej liczby wspólnych słów. Poczęstował rakiją (dobra!), a jak mu pokazałem świeżo zrobione zdjęcie sępa płowego, to się cały rozpromienił i zarzucił opowieściami o synu (tratlonista, chyba znany) oraz o sobie w młodości. Bardzo miłe miejsce. I jak wszędzie dotąd – żadnych alergii w pokoju.

Dziś przejechane 95km, od początku: 823km.
Do Czarnogóry
Sjenice budzą muezinem śpiewającym wezwanie do modlitwy. Jeszcze małe śniadanie w pokoju (nie bardzo chce się jeść tak wcześnie, ale coś trzeba) oraz pożegnalna kawka z gospodarzem – i jadę do granicy. W zasadzie powinienem zmienić spalone tylne klocki, ale że jakoś nie chcą wyjść, to sobie pomyślałem, że lepiej jak spojrzy na nie Robert. W końcu to już jutro – lepiej nie ryzykować, że stracę ten hamulec do końca.
Jest 9° – przez chwilę mam nadzieję, że to upał odpuszcza, ale to tylko zasługa wysokości (1000m npm). A tej jeszcze trzeba trochę zrobić – dziś wyjeżdżam na 1400m.








Po drodze napotykam ładnie obudowane źródło z pyszną, zimną wodą. Rozkładam się tam na drugie śniadanie (zostało mi sporo ze zbyt wczesnego właściwego śniadania) i był to chyba najprzyjemniejszy moment całego wyjazdu. Ideał swobody: zobaczyłem ładnie miejsce, więc robię herbatkę i bez pośpiechu chłonę chwilę.
W międzyczasie przystają auta i Serbowie nabierają wody do różnych butli. Każdy coś zagada, a jeden był szczególnie rozmowny – mówił o rodzinie w Polsce, że sam też był, a jak się rozmowa rozwinęła, to zaczepił „co Kraków sądzi o Kosowie”. Odpowiedziałem że ja nie wchodzę w politykę, a on bez problemu to zaakceptował. Niewątpliwie miał na ten temat swoje mocne zdanie, ale nie upierał się. Po prostu pominęliśmy tę kwestię. Miłe.
A potem trzeba zjechać. Widoki piękne, ale zjazd praktycznie z jednym (przednim) hamulcem to groza. Przystanki robię co chwila, hamulce robią co mogą, ale ewidentnie nie radzą sobie: pojawiają się jakieś wibracje, a przeciążony przedni hamulec przegrzewa się co chwila. Czyli zamiast podziwiać spektakularny zjazd, zastanawiam się co będzie jak nagle stracę oba hamulce… Nad głową krążą kruki, głośno komentując moją sytuację.








W końcu zjeżdżam do szlabanu granicznego. Szlaban się podnosi, ale pogranicznik ewidentnie pokazuje, by iść oglądać klasztor – tutaj na samej granicy. Faktycznie ładny. Jeszcze trzeba podać paszport leniwemu pogranicznikowi i jadę na most graniczny na rzece Lim.





A za mostem Czarnogóra: wszechobecne ogromne reklamy internetu mobilnego, upał (w końcu jestem prawie 1km niżej), ale przed wszystkim: bardzo ruchliwa droga. Dociągam jakoś tą drogą do knajpy, gdzie jem obiad, po czym w cieniu szerokiego dachu przed pobliskim sklepem, biorę się za wymianę spalonych klocków. Teraz już mogę ryzykować – jestem już na trasie busa.
Klocki tym razem wychodzą bez żadnego problemu. Są całe zeszklone, a do tego jeden z nich jest trwale zespolony z blaszką rozpychającą – ewidentnie się stopiły. Dobrze że płynu w tłoczkach nie zagotowałem…
Zostało mi nieco ponad 50km do Mojkowacza, który jest naturalnym (wstępnie umówionym) miejscem spotkania z busem. Ewentualnie mógłbym potem pociągnąć jeszcze kolejne 30km, skąd jest już naturalne odbicie w góry. W sumie droga na razie prowadzi wzdłuż rzek, asfalt idealny, a po odbiciu w góry są przynajmniej dwa miejsca na nocleg (z wodą pitną na mapie). Gdybym dziś jeszcze dokręcił, to zamiast jutro czekać tu na busa, mógłbym górami dojechać do Podgoricy. Zaczepiając przy okazji o Grlo Sokolovo, czyli miejsce, skąd mógłbym zobaczyć Dolinę Cijevny z góry. To mogłoby być coś: najpierw te zbocza oglądać z góry, a chwilę później z dołu.
Marzenie szybko się rozwiewa: ta droga jest straszna! Ruch ogromny, ale przede wszystkim są zimni mordercy za kierownicami tirów. Patrzę jak ciężarówki mnie mijają i w sporej części przypadków nie widzę żadnego manewru. Po prostu jedzie przed siebie. Mijają mnie w różnej odległości, ale NIE OMIJAJĄ. On jedzie – to moim zmartwieniem jest by przeżyć to spotkanie. Pobocza tu nie ma – po prostu muszę ufać, że nie skończę rozjechany jak jakiś kot czy borsuk.
Po 30km od granicy zarówno Locus jak i Mapy.cz pokazują alternatywną drogę boczną. Ona od razu wygląda słabo (kamienista gruntówka), ale po chwili wahania – decyduję się spróbować.
Nie wygląda to dobrze: po kamieniach przychodzi też błoto (pobliski strumień), a potem fragment, gdzie muszę pchać ciężki rower pod strome zbocze. Początkowo pocieszam się, że to naturalne, że wyjazd od strumienia jest ostry, ale potem wcale nie robi się lepiej. Powinienem wtedy odpuścić, ale perspektywa powrotu na Drogę Morderców skutecznie zniechęca. Patrzę na profil trasy: mam takiego wypychu 4km, a potem będzie lepiej. Spróbuję. W końcu upartości mam pod dostatkiem…








Tak w ⅓ wypychu (1.5km od asfaltowej drogi), pojawiła się nadzieja na wejście na rower – zrobiło się nieco mniej stromo, spróbuję pojechać. Takich sytuacji (trudny technicznie start) miałem jeszcze tego dnia sporo, ale akurat to konkretne ruszanie ewidentnie mi się nie udało – było za stromo. Nie udało się zakręcić kołami, rower zaczął się przechylać. Nawet zgrabnie z niego zeskoczyłem, żeby nie padać razem z rowerem – i wylądowałem miękko. A na dole moich pleców wylądowały sakwy 😟
Potem sobie to liczyłem: sakwy około 20kg, do tego 5kg wody, rower z narzędziownikiem i zapięciem – w sumie około 40kg. A sakwy zanim mnie uderzyły, to rozpędziły się po wahadle. To naprawdę bolało. Przez kilka minut po prostu leżałem i zastanawiałem się co dalej. Wtedy wydawało mi się oczywiste, że tu na ścieżce w górach zakończyłem moją podróż. Zastanawiałem się w szczególności czy moje ubezpieczenie podróżne obejmuje transport z takich miejsc, czy też każą mi jakoś spełznąć do asfaltu?
Ale po kilku minutach sytuacja się zmieniła: dałem radę wstać, a po dłuższej odsapce – jak gdyby nigdy nic: zacząłem pchać rower dalej.

Czy bolało? Trochę. Czasem mocno. Na późniejszych biwakach bardzo bolesne były wszelkie operacje w skłonie, np. wychodzenie z namiotu, a nawet przewracanie się na materacu z boku na bok. Miałem też kilka kryzysów: pierwszy gdy Anka pokazała jakie ćwiczenia rozciągająco-skrętne wykonywać na rozruszanie pleców, drugi gdy pomagałem przy pakowaniu rowerów do busa, a w końcu wyzwaniem było dotrwanie w busie tyle godzin do Polski.
W domu próbowałem żyć normalnie, do pracy i na sprawunki jeździłem na rowerze, ale coś ewidentnie nie trybiło. Kliknąłem więc (za usilną namową Marzenki) konsultację u otropedy, który choć wstępnie zdiagnozował „spięte mięśnie”, to jednak wysłał na RTG. A tam w opisie „Złamanie trzonu L1” 😱😱😱
Teraz jestem po tomografii, zakuty w gorset ortopedyczny, ciągle mam nadzieję, że ktoś stwierdzi, że nie jest tak źle (ja tam nic niezwykłego w tym moim kręgu „L1” nie widzę…). Od tej nadziei zależy mój wyjazd do Japonii za 6 tygodni (zwrot biletu lotniczego mogę odkładać do ostatniego dnia – i tak będzie mnie to kosztowało 300 EUR).
A na razie cieszę się górami. Wieczorne widoki wspaniałe. I fajnie było pogadać z mieszkańcem jednego z domów na gorze. Jak mnie zobaczył (ścieżka prowadziła przez jego podwórko), to najpierw zaproponował by usiąść pogadać, a potem powiedział, że na „berdo” to jeszcze godzina (zostało jakie 2km, zrobiłem w pół godziny). Ale upewnił, że ta droga do Mojkowacza jest realna, a na górze jest „całkiem płasko” (przesadził, ale faktycznie większość jechałem). I on faktycznie zna te drogi – nie wiem jakim cudem, ale wyjechał tu autem (stara osobówka).
Pies z jego podwórka patrzył na mnie zaniepokojony (ale nie szczekał, skoro pan mu tak powiedział), a potem zaciekawiony szedł za mną aż do samej góry. W bezpiecznej odległości – najwyraźniej nie uważał mnie za całkiem normalnego, mądre psisko.
Wsiadanie na rower było obciążone strachem powtórki, ale szybko przywykłem – większość górnej części szlaku przejechałem, po czym przyszedł czas na terenowe zjazdy w gasnącym świetle dnia.






Początek zjazdu miałem już o zmroku i było trudno, aż w końcu niespodzianka: asfalt! Czyli została już tylko obawa o klocki hamulcowe (kilka przystanków na studzenie) oraz emocje zapewnione przez chyba 5 dużych psów, co wypadły na mnie kupą spod domu w górach. Ale byłem tak zmordowany, że moje okrzyki działały wystarczająco odstraszająco, a na najbardziej upartego – zatrzymanie się i symulacja (?) ataku – tak się wystraszył, ze spadł w chaszcze w dół zbocza. Potem jeszcze raz próbował atakować, ale jakoś bez przekonania 🙂
Jeszcze tylko znaleźć camping i można iść spać. Jutro rano wsiadam do busa.

Dziś przejechane 86km, od początku: 910km.







