Na początku lipca przyszedł taki mail:

Most na Drinie czyli Longinada 12-20.08.2023

Długi weekend sierpniowy kusi żeby go przedłużyć i spędzić na rowerze w przyjemnych okolicach. Proponuje podróż w czasie i przestrzeni po inspiracją noblisty nieistniejącego kraju Ivo Andrića.

Metafizyczna podróż wzdłuż rzeki Driny. Rzeki bez żródeł,  Rzeki która bardziej łaczy niż dzieli. Na granicy Wschodu i Zachodu. Od majestatycznych gór Durmitor do węgierskich równin.

Kraje byłej Jugosławii: cicha Czarnogóra, dumna Serbia, niemogąca się odnaleźć we wspólczesności Bośnia i Hercegowina, a na koniec beztroska Chorwacja. Wszystko nad jedną rzeką. 

Po prostu mnie trafiło 😀 Znalazłem książkę, na którą się Longin powoływał: Most na Drinie – najpierw chomikowy ebook, a jak zaciekawiła, to także wersję papierową. I wsiąkłem.

Ale to miał być kolejny rok bez wypraw… Jeżdżę do pracy na rowerze, jak się uda, to gdzieś na chwilę wyskoczę, ale ciężko zostawić wszystko i pojechać gdzieś daleko. Poza tym zdrowie mi się sypie: kolano, przez które rok temu nie pojechałem do Serbii – wciąż niesprawne (a właściwie to jakby problem wracał z nową siłą), do tego coraz silniejsze alergie. Jak więc cokolwiek planować? Po kilku dniach odważyłem się powiedzieć żonie o moim „zmartwieniu”, a ona zaczęła mnie namawiać żebym pojechał. Że mogę. Że przecież syn zostaje (w tym roku ma praktyki studenckie), że poradzą sobie. I jak się dobrze zastanowić, to może faktycznie mógłbym? To nie jest długo… A alergia? Przecież zawsze na wyjazdach mi przechodziła. A kolano? Szybka wizyta w Luxmedzie i zastrzyk za 760zł – może pomoże?

Longin potem się na wyjeździe tłumaczył, że jakoś tak mu „samo wyszło” z tym anonsem, niemniej wyszło doskonale: Bałkany to przepiękny kawałek świata, ale jednocześnie miejsce strasznych wydarzeń. A ta metafora rzeki, która „bardziej łączy niż dzieli”, była jakby sposobem na oswojenie złej strony Bałkanów. Na mnie zadziałało, a jak się wkrótce okazało – nie tylko na mnie. Na ten wyjazd pojechało w sumie 27 osób!

Czyli duża grupa – Longin musiał się nieźle składać, żeby wszystko zorganizować: przelot do Czarnogóry samolotem (dwa kursy – część ludzi była w Podgoricy już dzień wcześniej), skąd przejazd improwizowanym na miejscu transportem, do miejsca spotkania z busem, wiozącym rowery i bagaże. A ja dostałem miejsce komfortowe: obok kierowcy busa, który z Warszawy do Pluzine w Czarnogórze może pojechać przez Kraków.


W piątek wieczorem Warszawiacy (+Anka z Poznania, która przyjechała do Warszawy już rano) pakują rowery do busa, a ja właśnie odkrywam, że mam rower niesprawny 😡

Już od jakiegoś czasu słyszałem różne skrzypienia, ale eliminowałem kolejne problemy (zużyte bloki spd, zapiaszczony zacisk sztycy, poluzowane przez sprzęgnięcie z błotnikiem mocowanie bagażnika) i wydawało się że będzie dobrze. Ale po eliminacji ostatniego problemu (bagażnik), okazało się że wcale nie jest dobrze – wręcz jest z każdym przejazdem coraz gorzej… Co robić?? Uznałem że to musi być wadliwy suport i pojechałem po pomoc do mojego zaprzyjaźnionego mechanika. Oganiał się ode mnie jak mógł, bo akurat strasznie był przytłoczony terminową robotą, ale w końcu zgodził się jeszcze tego wieczora zmienić suport. Kupuję część (była w pobliskim Decathlonie) i po dłuższym, coraz bardziej nerwowym oczekiwaniu (co ja mogę zrobić? pojechać na szosie?), w końcu przychodzi moja kolej: co prawda z suportu wylewa się woda, ale poza tym wszystko wygląda dobrze. Sprawdził i przesmarował wszystko dokładnie, skręcił – skrzypi nadal. Więc się zaparł, zaczął systematycznie szukać – i znalazł: poluzowane skręcenie tylnej piasty… Poprawił – rower cichy. Alleluja! Dobrze że wyszło jeszcze przed wyjazdem – w trakcie mogłoby to być jeszcze trudniejsze do namierzenia i naprawy.

Wracam do domu o 22:00 – zostało mi jeszcze około 2 godziny na końcówkę pakowania. Zdążyłem – bus przyjeżdża, wrzucam sakwy i rower do środka, a Piotr (kierowca) od razu kładzie się spać w pokoju na górze. Przed nim długa droga, a dzięki przespaniu nocy u mnie może się uda pociągnąć bez odpoczynków.

Wczesna pobudka, szybkie śniadanie i tuż po 6:00 ruszamy. Jazda prawie bez przerw, w sumie 17.5h. Najdłuższy postój zapewniła nam granica Bośni: tam celnicy stwierdzili, że rowery i kaski bez rowerzystów wymagają „atakarty” czyli specjalnego papieru urzędowego, poświadczającego oclenie przewożonych towarów. Że niby można było oclić a potem prosić o zwrot pobranego cła. Czy jakoś tak. Nic nie pomaga tłumaczenie charakteru wyjazdu ani przygotowany zawczasu spis uczestników – zalecają nam przejazd do Czarnogóry naokoło przez Chorwację, z pominięciem Bośni. Piotr był w sumie przygotowany na ewentualność łapówki, dla mnie było totalnym szokiem (w XXI wieku, w Europie, takie jajca??). Jednak dla obu nas zaskoczeniem była wysokość haraczu: 150 euro. Dokładnie tyle: 50 euro to był gruby nietakt, 100 to o jeden papierek za mało. Dobrze że przy wyjeździe z Bośni nie trzeba było zabawy powtarzać – tu wystarczył podarunek w postaci dwóch koszulek z logo Longinady.

Końcówka drogi już po zmroku. Jedziemy w ciemności półgruntową (a na pewno bardzo dziurawą), krętą drogą z dużym ruchem (sobota wieczór) i jest lekko strasznie, choć Piotr wydaje się wiedzieć co robi. Dojeżdżamy do Plužine, nawigacja prowadzi wprost do noclegu – właściciel czeka na nas, udało się. Uff.


Niedzielny poranek – nie budząc Piotra zbieram się na rower: trzeba wykorzystać czas oczekiwania na grupę. Trasa upatrzona wcześniej (Longin mi ją zaproponował – że kiedyś z grupą jechał tam i było ładnie), obadana na streetview – wyglądała smakowicie i faktycznie była świetna.

Czarnogóra o poranku: 37km, 1241m podjazdu

Poranek chłodny (12°), ale tym bardziej urokliwy – głęboka dolina ogarnięta cieniem wygląda zupełnie inaczej niż później, w środku dnia:

Droga początkowo wije się po zboczu nad jeziorem, a potem ostro wspina się w górę. Na streetview widziałem szuter, ale na żywo był już asfalt – komfortowo zyskiwałem wysokość, a po początkowych widokach na Jezioro Pivsko zaczął się też odsłaniać świat wyżyny nad jeziorem:

Strasznie mi się tam spodobało! Podjazd zjadł tyle czasu, że w sumie powinienem się już trochę spieszyć, by zdążyć na spotkanie z grupą, ale po prostu nie mogłem – chciałem więcej tych widoków. Więc nic nie skracałem, tylko dojechałem do Trsa.

A z Trsa już szybko w dół. Znaczy się byłoby szybko, gdyby nie zatrzymywać się co chwilę, dla zapierających dech widoków 😉

Grupa już jest – składają rowery, przepakowują się, bardzo miły rozgardiasz ze spotkaniem ludzi dawno niewidzianych. Jest też sporo nowych twarzy – grupa jest naprawdę duża. A wszyscy pozytywnie zakręceni!

Longin rzuca tekstem, że tu niedaleko jest ciekawy monastyr. Przeniesiony z obecnego dna jeziora, z pięknymi malowidłami. Anka ogarnęła już swój rower i chce jechać – stwierdzamy że zdążymy obrócić przed obiadem – jedziemy we dwójkę.

Monastyr Piva, przed obiadem: 17km, 472m podjazdu

W jedną stronę 300m podjazdu, w drugą 150. I na tym pierwszym podjeździe poczułem trudy wyjazdu: 17.5h w busie dzień wcześniej, dwie clatry, odwodnienie, a teraz jeszcze próba nadążenia za Anką, która na możliwość jazdy na swoim dopieszczonym gravelu czeka już trzeci dzień. Pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się wywrócić z powodu problemów z wypięciem spd… Trochę sobie łydkę pokaleczyłem – przydało się, że Anka miała ze sobą apteczkę. Ale przede wszystkim wypiłem sporo wody – zaaferowany wrażeniami nie zauważyłem wcześniej, że się odwodniłem. Głupie.

A monastyr faktycznie z ładnymi malowidłami. Tylko nie wolno robić zdjęć – siostrzyczka starannie pilnuje i karci próbujących. Z zewnątrz budynek taki jakby zbyt nowy – widać, że choć kamienie oryginalne (niektóre nawet mają numerki), to świeżo złożone w nowy mur.

Zdążyliśmy na obiad: kevapci (kotleciki bałkańskie w bule, czytaj „czewapi”; chyba ich nie polubię) w pobliskiej knajpce. A potem w podgrupach jedziemy w dół doliny – do granicy bośniackiej (to tam rzeki Piva i Tara zlewają się w Drinę) i potem jeszcze trochę wzdłuż Driny – na umówiony nocleg na campingu.

Droga w wąskiej dolinie, albo wręcz w stromym wąwozie, co oznacza częste tunele. Jedne krótkie, inne dłuższe, w większości surowe, wyciosane w litej skale. I wszystkie bez oświetlenia: lampki przydają się.

Na nocleg do BiH: 28km, 1350m podjazdu

A wieczorem, przy piwku, Longin zbiera grupę na poranny rafting. Ja zakładam, że nie mogę – boję się że z moim kolanem mogę się nieźle urządzić, np. nie móc z łódki samodzielnie wyjść. A to jak kulałem po wyjściu z busa, w pełni potwierdza moje obawy. Z drugiej strony, po tak pięknym, obfitym we wrażenia dniu, trudno o pesymizm: w ostatniej chwili dołączam do grupy chętnych (17 osób) – niech się dzieje co musi, spróbuję.


Poniedziałek, 14.08.2023.

Piękny, optymistyczny poranek. Wyspałem się znakomicie – w końcu bez alergii (profilaktycznie spałem w namiocie, choć miejsce miałem w domku). Część grupy wyjeżdża, a raftingowcy wciskają się w pianki neoprenowe.

Przewożą nas busikami (z pontonami na dachu) na miejsce startu – mocno terenową drogą poprowadzoną wysoko po zboczu. Trwało to około godzinę, co było trudnym doświadczeniem: jest coraz cieplej, a pianka neoprenowa grzeje bardzo skutecznie. Sąsiadka z busa była bliska omdlenia i w pełni ją rozumiem.

Dzielimy się na dwa pontony, nasz sternik/opiekun rozsadza nas wedle jakiś zasad, robi krótkie a głośne szkolenie z wiosłowania i reagowania na komendy – i płyniemy.

Rafting Tarą do Driny

Telefon ląduje w torbie wodoszczelnej – jedyne zdjęcia z raftingu mam z postoju po drodze, przy wodospadzie z lodowatą wodą:

A sam rafting? Nie ma co ściemniać – było wspaniale! To mój drugi rafting w życiu i mam nadzieję, że nie ostatni. Może to i dziecinna rozrywka: trochę jak kolejka górska, a trochę jak zjazdy w rurach w aquaparku, ale co tam – lubię to 😋 A to wszystko w przepięknej scenerii i w krystalicznie czystej wodzie (piliśmy wprost z rzeki).

Ciekawostka: nasz sternik w spokojniejszych fragmentach spływu pali papierosy, ale niedopałki starannie chowa – nie wrzuca do wody. Widać sami rozumieją, że czystość rzeki to podstawa ich pracy.

A kolano? Był stres podczas wysiadania z pontonu – 3 godziny spływu zrobiły pewne wrażenie, ale do wytrzymania. Chyba nawet nikt nie zauważył, że było to dla mnie trudne. Zresztą w ogóle jest lepiej – ewidentnie dobrze reaguję na odejście od komputera 😊

Pod koniec dopłynęliśmy Tarą do połączenia się z Pivą, która była dużo zimniejsza (5°) – tu wystarczyła jedna katarakta, by wyraźnie pokazać użyteczność pianek neoprenowych.

Aż żal było kończyć – dopłynęliśmy do naszego campingu. Oddajemy pianki, jemy smaczny obiad i część jedzie busem, a część (w tym ja) przesiada się na rowery:

Wzdłuż Driny: 58km, 452m podjazdu

W miejscowości Foča wracamy do cywilizacji: asfalt, bankomat, stacja benzynowa. Na stacji kupuję lokalną karte SIM, a miły pracownik stacji zrozumiał jakoś moje tłumaczenie (głównie na migi) i pomógł by karta ruszyła: użyczył spinacza (do otwarcia szufladki na SIM), podpowiedział że trzeba doładować kartę (od razu u niego), a nawet pomógł czytać bośniackie komunikaty (pokazał palcem co mam wybrać), tak bym mógł włączyć odpowiedni pakiet.

Lokalny internet bardzo się przyda – do rozmów z domem, ale także do okazjonalnej łączności, tym bardziej, że roaming tu upiornie drogi (40zł /MB). Zresztą straciłem już wcześniej roaming danych na resztę podróży – chwila nieuwagi (15 sekund?) podczas wjazdu do Bośni i zaraz dostałem 3 SMSy o przekraczaniu kolejnych progów kosztowych: ostatni, z kwotą 250zł – o całkowitej blokadzie do końca miesiąca. W sumie dobrze że jest taki mechanizm – bez blokady sam zorientowałbym się pewnie z kilkaset złotych później. Szkoda tylko, że blokada działała także po powrocie do EU, gdzie ceny roamingu są OK.

Drina też przestaje być typowo górską rzeką – nadal jest czysta, ale rozlewa się bardziej spokojnie:

Widzimy pierwsze na tym wyjeździe minarety, a także lokalny wynalazek, który strasznie mi się podoba: „Hair Voda” czyli krany/źródła z czystą wodą, która zwykle jest opatrzona jakąś intencją (później były to głownie pamiątki po zmarłych).

Jest to też sposób na zaznaczenie obecności muzułmańskiej na danym obszarze – przy tutejszej gęstej plątaninie granic oficjalnych i tych mniej oczywistych (republika serbska w Bośni – takie hasło pojawiało się tu co chwilę), źródła czystej wody były bardzo widoczne, a dużo milsze dla podróżnych niż np. skasowanie asfaltu na fragmencie drogi przekraczającej nieoficjalną granicę z „Serbią”.

Mijamy też przydrożne miejsce „kultu” Tity:

I dojeżdżamy do Gorażde. To już duże miasto, w którym część grupy będzie spała na kwaterach (chcieli – dopłacili 400zł ekstra), a reszta na campingu.

Wyszły komplikacje: camping z google padł w międzyczasie (podobno nawet droga zarosła), a dodatkowo Longin z busem przez około dwie godziny był zajęty szukaniem tych z grupy, co potrzebowali podwózki. W efekcie trochę czasu w mieście spędzamy po prostu czekając. Mnie to nie wadziło – a nawet miało swój urok, tak po prostu przez chwilę nic nie robić.

W końcu miejsce na nocleg znalezione: oficjalne (wiaty) miejsce biwakowe nad rzeką za miastem. Przydał się internet w komórce – do przekazania „pinezki” by wszyscy trafili w jedno miejsce.

Mycie dziś albo w Drinie (jeszcze powyżej miasta – nie powinna być bardzo brudna), albo z butelki. Wybrałem butelkę i było bardzo OK. Na ten wyjazd nie brałem na wodę worka Ortlieb (150 gramów), za to miałem podziurkowaną nakrętkę na butelkę pet – super użyteczne, a nic nie waży. Sprawdziło się.

Natomiast to co się nie sprawdziło, to jazda z plecaczkiem zamocowanym na górze bagażnika – pierwszego dnia była to konieczność (sakwy zamknięte w busie a Piotr śpi), ale drugiego było już tylko uciążliwe: jakbym tego ekspanderem nie mocował, to w końcu na wybojach plecak zaczyna się przekrzywiać. Na taką ewentualność wziąłem „nadmiarowy” worek – jutro go użyję do zapakowania rzeczy zostawianych w busie, tak by móc jeździć z jedną sakwą. Sakwa to po prostu ogromna wygoda.


Wtorek 15.08.2023

Most Mahmeda Paszy Sokolovica: 63km, 1037m podjazdu

To były intensywne dni, jutro ma też być mocno – pomyślałem, że dziś czas na odpoczynek, czyli spokojny przejazd tak jak Longin zaplanował: wzdłuż Driny do Višegradu. Ale wystarczyło bardzo krótkie namawianie, by jednak pojechać z częścią grupy chętną na „wariant mtb” – po drugiej stronie rzeki. I to był bardzo dobry wybór: droga była różna, czasem żwirowo-kamienna, a czasem asfaltowa, ale bez ruchu samochodowego i z pięknymi widokami, podczas gdy główna to tiry i tunele.

Widzimy koło drogi małe cmentarzyki muzułmańskie – tak jak to tu robią: bez ogrodzenia i z bardzo niepozornymi nagrobkami:

a także urocze źródełko przydrożne, z którego skorzystałem dla przepłukania z potu koszulki (w ciepły dzień taka mokra, tylko wykręcona, świetnie chłodzi):

Zaraz za mostem w środku trasy była knajpka, do której podjechaliśmy „na frytki dla Jaśka”, ale generalnie wszyscy chętnie się załapali na jakąś kawę czy przegryzkę. Ciekawostka: jak się domyślić, że naleśniki „with Plazma” to naleśniki z nutellą? Różne koncepcje mieliśmy, ale krem czekoladowy? 😄

Tą pustą stroną rzeki Drina jedziemy aż do miejscowości Drina (tak, taka nazwa), gdzie wracamy na główną drogę. Trochę żal, bo nawet przez jakiś czas widać jak ta dzika, stara droga ładnie wspina się po skalistym zboczu, ale to byłoby ogromne nadłożenie drogi. A przede wszystkim wtedy nie wjechalibyśmy do Višegradu wzdłuż Driny, tylko od zupełnie innej strony – po przekroczeniu dwóch pasm górskich. Zresztą główną zostało tylko 14km:

I dojeżdżamy: z góry mamy widok na Most Mahmeda Paszy Sokolovica:

Lektura „Mostu na Drinie” Ivo Andricza tuż przed wyjazdem dała mi wrażenie jakbym przyjechał w dobrze znane miejsce. To nie była łatwa książka w sensie fabularnym, ale świetna w budowie obrazów i przedstawianiu ludzi.

Most jest tam pewnym symbolem – czymś co się mieszkańcom zdarzyło bez ich udziału (dzieciak porwany przez Turków w jasyr, na starość, gdy był wszechwładnym wezyrem, ze swoich pieniędzy ufundował most – zamiast promu, który w dzieciństwie oddzielił go od rozpaczającej matki). Most był piękny i niezmienny (pierwszy remont przeszedł 300 lat po budowie), kapia (taki wystający podest pośrodku mostu) stała się miejscem towarzyskich spotkań mieszkańców, a kamienna tablica z opisem intencji fundatora – przesłaniem, że są na świecie rzeczy trwałe, a intencje mogą być czyste. Gdy teraz sam siadam na ławie kapii, to mogę spróbować zrozumieć, co czuli ludzie spędzający tu kiedyś czas na piciu kawy i rozmowach:

Pewnego majowego dnia spotkali się na kapii jakby przypadkowo owi „pierwsi ludzie” z kasaby i zasiedli na sofie. Popijając spokojnie kawę i patrząc przed siebie rozmawiali szeptem o nowych, podejrzanych poczynaniach władz.

A gdy idę po wyślizganych kamieniach, gdy patrzę na te białe, kamienne łuki, to to trochę czuję jakby te 500 lat historii zwinęło się w tu i teraz. Że mogę dziś spojrzeć na most tak jak np. Lotika, co starała się wszystko ogarnąć, zorganizować, pokierować (a która w końcu złamała się kompletnie w jeden wieczór, po tym jak zorganizowała ucieczkę z miejsca, gdzie spędziła całe życie):

Niekiedy przychodziła z Extra-Zimmeru tak zmęczona albo przejęta odrazą, że nie miała sił pisać ani czytać listów i rachunków, lecz po prostu podchodziła do okienka, aby odetchnąć świeżym powietrzem nadrzecznym, innym powietrzem niż tam na dole. Wzrok jej wtedy spoczywał na wartkiej wodzie i trwałym, smukłym kamiennym łuku mostu, zamykającym widok. W słońcu, o zmierzchu, w zimowej poświacie księżyca czy w łagodnym blasku gwiazd zawsze był niezmienny. Jego oba krańce wyginały się ku sobie, łączyły na ostrym szczycie i podtrzymywały wzajemnie w doskonałej i niezachwianej równowadze.

Samo miasteczko jest nieduże, na rowerze można go w moment objechać: jest pamiątka po stacji kolejowej (intensywnie odmalowana lokomotywa parowa), trochę ciasnych uliczek, knajpki nad rzeką (jemy smaczny obiad), stare miasto praktycznie się nie zachowało, za to zbudowali sobie nowe stare miasto: Andricgrad – do bólu sztuczny potworek.

Niby wybudowany na potrzeby filmu (Kusturicy, na podstawie „Mostu na Drinie”), tyle że film nigdy nie powstał – zgaduję że to dlatego, że ktoś w końcu książkę przeczytał i kapnął się, że ta wcale nie jest jednoznacznie pro-serbska.

Jak np. w filmie pokazać scenę, gdy Fedun – żołnierz ze wschodniej Galicji, co popełnił samobójstwo, jednak dostaje prawosławny pogrzeb? Mimo że samobójca i mimo że nie prawosławny. Stary, już niesprawny, ale mądry pop Nikola, rozstrzygnął zgodnie ze swoją wiarą i sumieniem – bez oglądania się na ludzkie podziały. Takie sceny zapadają w pamięć i budują zgodę mimo różnic – a chyba nie o to by chodziło tym, co tak usilnie starali się „oczyścić” Višegrad z nie-Serbów…

Z rozkazu rotmistrza Drażenowić udał się do domu popa Nikoli. Dziadek przyjął go leżąc na otomanie; obok niego stał pop Joso. Gdy Drażenowić wyłożył mu sprawę śmierci Feduna i pogrzebu, obaj kapłani milczeli przez chwilę. Widząc, że pop Nikola nic nie mówi, pop Joso zabrał głos pierwszy, niejasno i bojaźliwie: że sprawa jest wyjątkowa i niezwykła, że są przeszkody tak w przepisach kościelnych, jak w obyczajach i że można to zrobić tylko wtedy, jeśli się udowodni, iż samobójca nie był przy zdrowych zmysłach.

Ale wtedy ze swego twardego, wąskiego posłania, nakrytego starym, wypłowiałym kilimem, uniósł się pop Nikola. Ciało jego przybrało posągowy kształt, jaki miało zawsze, ilekroć przechodził przez śródmieście, gdzie witano go z lewej i prawej strony ulicy. Pierwsze słowo, jakie wymówił, rozjaśniło jego szeroką twarz, zawsze jeszcze rumianą, z sumiastymi wąsami łączącymi się z brodą, o rudych, prawie białych, gęstych i szczeciniastych brwiach, twarz człowieka, który od urodzenia nauczył się samodzielnie myśleć, a myśl swoją szczerze wypowiadać i dobrze jej bronić. Bez ociągania się i wielkich słów odpowiedział bezpośrednio i popu, i wachmistrzowi:

— Teraz, gdy stało się to nieszczęście, nie ma co tu dowodzić. Kto przy zdrowych zmysłach podniesie rękę na siebie? A któż by znów ważył się wziąć na swoje sumienie, aby pochować go gdzieś pod płotem i bez kapłana? Ty, panie, każ przysposobić nieboszczyka, a my go czym prędzej pochowamy. I to na cmentarzu, ma się rozumieć! Ja sam zaśpiewam mu nad grobem! A potem, jeśli kiedy zawita tu jakiś pop jego wyznania, niech doda i poprawi, jeśli uzna, że coś nie było, jak trzeba.

A gdy Drażenowić wyszedł, zwrócił sią jeszcze raz do popa Josa, który stał zawstydzony i zaskoczony:

— Jakże nie wpuścić na cmentarz chrześcijanina? I czemu miałbym nie odprawić nabożeństwa? Czyż mało mu tego, że nie miał szczęścia za życia? A tam niech go pytają o grzechy ci, co także nas wszystkich pytać będą o nasze.

Tym sposobem młody człowiek, który popełnił błąd na kapii, pozostał na zawsze w kasabie. Pochowano go nazajutrz przy wtórze starczych pień żałobnych papa Nikoli i kościelnego Dimitrija.

Zostało 20km do noclegu – obijamy od Driny, teraz pojedziemy doliną dopływu: potoku Rzav. Bez pośpiechu dojeżdżamy – najpierw do pobliskiego monastyru, potem rozbijamy namioty w ogródku domu, gdzie Longin zarezerwował pokoje dla chętnych.

Na całą grupę mamy tylko jedną łazienkę, więc długie czekanie w kolejce jest okazją do wieczornych pogaduch. Gospodarz podrzuca butlę bimbru (niezłego!).


Środa, 16.08.2023.

Poranne rozmowy mają jeden temat przewodni: wszyscy mają ochotę na rosół. Z kogutów. Tych kogutów, co darły dzioby od bladego świtu 😁

Jemy obfite śniadanie (mnóstwo jajecznicy) i dzielimy się: jedni jadą najprostszą drogą, drudzy jadą bardziej podjazdowo: przez Park Narodowy Tara, a pozostali korzystają z możliwości przejechania się kolejką wąskotorową na Mokrej Gorze. To Szargańska Ósemka czyli ten fragment dawnej kolei Belgrad – Sarajewo, gdzie pociąg musiał zdobyć dużo wysokości, co oznacza gęste zawijasy i mnóstwo tuneli. Ja oczywiście wybieram kolejkę, mając nadzieję, że na Tarę też czasu starczy.

Wszyscy musimy przekroczyć granicę: wjeżdżamy do Serbii. Po drodze mijamy tory kolejki, co ponoć transgranicznie jeździ we wrześniu. Oraz cichy monastyr – ze świeżo wymalowanymi (nawet farby stoją pod ścianą), intensywnie kolorowymi wizerunkami świętych.

Mokra Góra: 15km, 278m podjazdu

Kolejka jest atrakcją obleganą, ale w środku tygodnia idzie wytrzymać. Udaje się nawet stać na pomostach na zewnątrz wagonów – kolejka urokliwie przeciska się między skałami i drzewami, pomiędzy którymi widać coraz dalsze widoki.

Po powrocie kolejką część grupy jedzie do Bajina Basta, część bus podwozi dla ułatwienia na przełęcz, ale ja wybieram wersję maksimum: mimo późnej pory (13:30 start) wjadę i przełęcz i jeszcze więcej: przez Park Narodowy Tara przejadę do zapory na Drinie. Bo niby czemu nie? Za niedługo zjeżdżamy z gór – jeśli chcieć się zmęczyć, to tutaj. Niestety mój wybór powoduje, że jadę zupełnie sam.

Park Narodowy Tara: 63km, 1070m podjazdu

Podjazd jest długi i zdominowany skwarem. Są też intensywnie serbskie akcenty: np. jakieś dziwne miejsce przy drodze z patriotycznymi hasłami, piramidkami do gromadzenia energii kosmicznej i z figurą zbójnika w beczce. Spotykam też przydrożny stragan na skrzyżowaniu, gdzie można kupić flagę serbską oraz różne gadgety chwalące Putina. Cóż. Ale na górze jest ładnie.

Spodobała mi się też knajpka przydrożna w Racanskiej Šljivovicy – z klientami Polakami i z przemiłą kelnerką, która obsługiwała jak umiała: np. nie znając angielskiego całkiem zgrabnie radziła sobie z pomocą komórki i translatora google. I była tam najlepsza ciorba, jaką jadłem na tym wyjeździe. I autentyczna radość z drobnego napiwku.

Miałem dylemat czy przez Park pojechać za znakami drogowymi czy za szlakiem rowerowym. Ze względu na porę zdecydowałem się na drogę – inaczej niż Anka z Michałem. Na ich zdjęciach widać, że mieli więcej widoków (ja jechałem raczej w lesie), za to ja miałem stale asfalt, a oni sporo szutru, lub nawet, jak określiła Anka: gruzu. Nie bardzo jednak miałem wybór – czasu do zmroku jest na styk, zresztą pogoda się wyraźnie psuje – po niebie chodzą chmury burzowe.

Najwyższy punkt trasy to wioska Mitrovac – jest duża knajpa, a nawet sklep. Ja nie mam tu jednak co szukać – szybko zawijam się w dół. Zjazd jest intensywny i widokowy. Powietrze jest już mocno zamglone, ale i tak widoki robią wrażenie.

Na dole, przy tamie, jestem około zachodu słońca. Pod zachmurzonym niebem szybko zapada zmrok, ale do noclegu zostało niecałe 20km – nieco w dół, asfaltem, powinno zająć chwilkę. Tylko że zaczyna padać. Najpierw przez kilka minut, ostrzegawczo, potem lało już intensywnie i równo.

W ulewnym deszczu dojeżdżam do punktu na mapie gdzie Longin zaznaczył nocleg – i nic nie widzę. W tej wiosce nie ma żadnych przystanków, żadnych daszków – jest kompletnie ciemno, nie ma gdzie się schować, a potoki wody lecą z nieba. Stwierdzam, że spróbuję dopytać whatsappem – tuż za rzeką jest Bośnia, więc mam słaby, ale działający internet. Obsługa dotykowego ekranu nie jest łatwa w ulewnym deszczu – w końcu biorę się na sposób i stojąc z boku drogi narzucam pelerynę na głowę tak, by zakrywała też telefon. I w ten sposób wyklikuję, że jedli w knajpie w centrum miasta, ale już powinni skończyć. Potem łapię Piotra – próbujemy rozmawiać, ale w końcu słyszę go zarówno z komórki jak i zza pleców. Okazało się, że wyszedł do bramy i zobaczył światło mojej lampki – stałem dosłownie 20m od wjazdu na podwórko. Potem oglądałem ten wjazd – były tablice, powinienem je zauważyć. Gapa.

Na campingu nie jesteśmy sami – jest też druga grupa rowerzystów, intensywnie imprezujących pod wiatą. Puszczają głośną muzykę, w szczególności Musa Eroğlu, czyli turecką. W Serbii pewnie wymaga to odwagi. Ale nie ma okazji pogadać – oni są już mocno zaawansowani w imprezowaniu, a nas zajmuje np. rozkładanie namiotów w deszczu.

Łazienka straszna, właściciel nawalony (i ponoć kłótliwy), głośna muzyka do późna, ale w sumie to całkiem przyjemny nocleg. Zwłaszcza jak przestaje padać, a kolejka do łazienki jest mniejsza niż się spodziewałem i odkrywam mimo wszystko uroki gorącego prysznica.


Czwartek, 17.08.2023.

Myślałem że dziś będzie na luzaku, wzdłuż nizinnej już Driny, ale wymyślają żeby pojechać to przez góry – przez Srebrenicę. I to nie jest zły pomysł – zwłaszcza w towarzystwie. Srebrenicę warto zobaczyć, a tak odbędzie się to naturalnie – bez odbijania z trasy.

Przez góry do Srebrenicy: 100km, 1170m podjazdu

Przed wyjazdem Longin rzucił, że jesteśmy o 3km od lokalnej atrakcji: domu na wodzie. Jasne, że trzeba zobaczyć – na miły początek dnia.

I tu stało się coś, czego nie ogarniam: usłyszałem, że te 3km tam i z powrotem to dużo i że lepiej przejechać to busem. Hmm, nie muszę wszystkiego rozumieć, ale ja wybieram rower.

Efekt był taki, że się rozdzieliliśmy – jadę sam przez miasto i wracając do granicy widzę drogowskaz na monastyr Rača. No i jako że jadę sam, to poddaję się impulsowi – skręcam w ładną dolinę, prowadzącą do tego klasztoru. To niby tylko 20km ekstra, ale w ten sposób ostatecznie tracę szansę na towarzystwo dziś 😞

Monastyr ciekawy. Stary, pełen uroczo nieporadnych malunków. I z przedziwną figurą przy wejściu: mnich z krzyżem w jednej ręce i z mieczem w drugiej. Osobliwe to serbskie prawosławie.

Na granicy jestem w południe i jest ciepło – cóż, sam chciałem. Na wyjeździe z miasta wydaję ostatnie lokalne pieniądze w małym sklepiku – tu miły gest, że jak zabrakło mi trochę, to gdy chciałem odkładać na półkę, to pani pokazała z uśmiechem, że nie ma sprawy. I że nie chce euro, które jej wciskałem. Miła przeciwwaga dla tego strasznego „mnicha” z mieczem w ręku…

Długi podjazd przez puste góry. Z rzadka ciche wioski. I zatrzęsienie źródeł „Hair Voda”. Właśnie widzę, jak obmurowują kolejne źródło – jest tu dość śmierci do upamiętnienia.

Srebrenica to ogromny wyrzut sumienia dla świata zachodu. ONZ stwierdził, że będzie rozjemcą w jugosłowiańskiej wojnie i ogłosił „strefy bezpieczeństwa”, czyli miejsca, gdzie mogą się przed wojną schronić cywile. Oddajcie broń, a ONZ was obroni. Nie obroniła, nawet za bardzo nie próbowała 😢 Serbowie zajęli Srebrenicę i nie bez racji uznając, że zgromadzeni tu cywile za chwilę mogą przeciw nim zbrojnie walczyć – po prostu pozabijali mężczyzn. Bardzo praktyczni ci Serbowie.

Pamiątką po tych wydarzeniach jest ogromny cmentarz muzułmański i „memoriał” w hali, gdzie kiedyś ONZ gromadziła cywili. Powiem szczerze – nie chcę tej wystawy oglądać. Chciałem zobaczyć jak teraz ludzie żyją w takim miejscu, ale oglądanie pamiątek ze zbrodni? Napiłem się ze źródeł „Hair Voda” i postaram się pamiętać te smutne góry – nie chcę pamiętać ponurego wnętrza „bezpiecznej” hali.

Zresztą śpieszę się, by dołączyć do grupy w Bratunacu – jak piszą na whatsappie właśnie zbierają się na obiad, a ja czuję, że mi się „paliwo kończy”. Lecę w dół, wpadam do miasteczka – jest knajpka otoczona przez rowery. Siadam przy wspólnym stole i z miejsca dostaję… kevapci. W tłustej bule. Ale jestem głodny, więc pożeram ten cud bałkańskiej kuchni – i od razu czuję, że to był błąd. Sytuację nieco ratuje zielona herbata, ale i tak ciąży mi na żołądku ten posiłek. Bardzo ciąży – wręcz ciągnie na wymioty. Łykam węgiel – może pomoże. Do noclegu zostało niecałe 30km, ale z takimi atrakcjami to były długie kilometry.

Nocleg to dom z łączką nad rzeką – mnóstwo komarów, więc pokonując słabość, w pierwszej kolejności rozstawiam namiot, by w nim paść bez sił. O dziwo miałem w tych okolicznościach ochotę na piwo i ono ewidentnie mi pomaga, a przy okazji pozwala połknąć jeszcze więcej węgla. Jeszcze tylko kubek herbaty podany przez dobrą duszę i uciekam w sen.


Piątek 18.08.2023

Po przespaniu 9 godzin czuję się o niebo lepiej – raczej dam radę jechać, choć o normalnym śniadaniu nie ma mowy. Wyciągam kocher i gotuję kaszę gryczaną (ryż dopiero muszę kupić) – jest całkiem OK. Natomiast mam problem z piciem wody – na nią mój żołądek reaguje nerwowo. Znaczy się będę musiał się wiele razy zatrzymywać na gotowanie herbaty (w ciepły dzień pić trzeba). Czyli znowu jadę sam.

Ku chorwackim nizinom: 128km, 893m podjazdu

Pierwsze 17km, do Karakaj, trasa prowadzi dalej wzdłuż Driny, ale potem zostawia „naszą” rzekę i odbija na Brčko – w stronę chorwackich nizin. Znowu podjazdy, znowu Hair Voda i w końcu robi się bardziej płasko.

Herbatę gotowałem w końcu tylko raz – jeszcze nad Driną, potem odważyłem się kupić butelkę 1.25l coca coli, która mimo faktu, że to prawie sam cukier, całkiem nieźle działała mi na żołądek, tak że popijanie coli czystą wodą też przechodziło. Jestem wyraźnie słaby, ale ciągnę uparcie.

W jednej z wiosek widzę od tyłu jakąś jakby znajomą postać. To był Longin, a nieco dalej bus, gdzie można było dostać kaszę z sosem. Za sos dziękuję, ale kaszę chętnie wciągam – teraz pół woreczka i bezpośrednio przed granicą – resztę. Bardzo fajnie sił dodała.

Granica z Chorwacją, potem jeszcze 25km wzdłuż rzeki Sava – do Županji. W ostatniej wiosce przed celem mapa pokazuje mi źródła wody pitnej – skwapliwie korzystam do napełnienia butelek wodą na wieczorną kąpiel.

W końcu dojeżdżam do celu, w środek miasteczka – co dalej? Szukać nad rzeką? Łapać resztki internetu z Bośni dla komunikatów grupowych na whatsappie? I w tym momencie widzę z daleka migające czerwone światełko – nie kombinując więcej rzucam się w pogoń. Zakręty drogi między domami utrudniały zadanie, ale w końcu dopadłem – okazało się, że to większość grupy, w kupie, właśnie szuka noclegu.

Dojeżdżamy nad rzekę, a tam festiwal. Wielki, głośny (ładnie grali, w tym bluesa), pełen ludzi. Pojawia się i Longin z busem, rozgląda się – w końcu znajduje ładną łąkę między wałami a rzeką, w pewnej odległości od festiwalu. Rzeka wręcz błotnista – Sava właśnie niesie wody ze Słowenii, gdzie dopiero co była powódź. Ja jednak mam wodę w butelkach – i taka kąpiel jest super. Reszta odkrywa, że przy festiwalu są prysznice. Na sam festiwal wpuszczają za biletami, ale przy prysznicach nie kontrolują: w niewielkich podgrupach, bez zwracania uwagi, udaje się skorzystać.

Nad nami kłębią się chmury, potem zaczyna błyskać. Nocna burza pomaga zasnąć w suchym namiocie, a przy okazji wycisza nieco muzykę z festiwalu. Bardzo miłe miejsce na nocleg.


Sobota 19.08.2023

Dzień zaczynam od gotowania ryżu. Dla mnie i dla Piotra – okazuje się, że jego też klątwa kevapci dopadła. Jego nieco później – mój kryzys był poprzedniego wieczora, on z kryzysem jeździł wczoraj cały dzień busem. Współczuję… Ale mówi, że po przespanej nocy czuje się lepiej – przyda się, w końcu on dziś wieczorem rusza w drogę do Polski. Bo to ostatni dzień tej Longinady 🙁

A ja jadę dalej. Przyjąłem taką potencjalną możliwość, wziąłem drugi tydzień urlopu (z opcją odwołania), jestem spakowany tak, by radzić sobie samemu. Nic na siłę, ale skoro nie ma żadnych przeszkód, to czemu nie. Grupa jedzie do Vukovaru i Osijeku (gdzie wsiadają w bus do Budapesztu, skąd mają samolot do domu), a ja mam już potwierdzoną rezerwację na campingu blisko węgierskiej granicy. Nie kombinuję więcej z przewozem części bagażu busem – od rana jestem już niezależny, jadę z dwoma sakwami.

Vukovar, Osijek, rozlewiska Dunaju: 142km, 151m podjazdu

Mamy się spotkać we Vukovarze, ale tylko z częścią grupy (podjadą busem) – reszta uznała, że lepiej będzie blisko poznać chorwacką prowincję i jadą wprost na Osijek.

A ja sam na Vukovar – trochę zbyt ruchliwą drogą, pod wiatr, ale i tak całkiem miło się jedzie przez te równiny, z polami słoneczników aż po horyzont.

Do Vukovaru jadę trochę dla „memoriału”, gdzie spodziewam się znaleźć jakąś większą opowieść o wojnie z 1991 roku, ale chyba przede wszystkim dla Dunaju – tutaj chcę wjechać na EuroVelo 6, którym mam dalej jechać aż do Esterdom.

W memoriale nie skupiają się na serbskich zbrodniach (obóz koncentracyjny dla Chorwatów, zabicie pacjentów szpitala), tylko na chwale chorwackiej armii w wojnie obronnej. Wystawa sprzętu wojskowego, stare zdjęcia i mapy, wycinki z gazet. Nie porwała mnie ta opowieść, ale nie musiała.

Za to Dunaj był piękny. Wiatr od szerokiej rzeki miło chłodził, perfekcyjna przez chwilę ścieżka rowerowa wygodnie prowadziła w stronę domu.

Od Dunaju jadę EuroVelo 6 – nie główną drogą na Osijek, ale bocznymi – tak jak szlak prowadzi. Przed wyjazdem przepatrzyłem trochę ten szlak w przewodniku i wydaje się, że można mu zaufać.

Przy wyjeździe z miasta taki piekarnik, że zatrzymuję się na chwilę w klimatyzowanej stacji benzynowej. Mają tam też wifi, więc przy kawce sprawdzam whatsappa – okazało się, że z grupą w Vukovarze minąłem się dosłownie o krok: siedzieli w kawiarni nad rzeką, a ja praktycznie tamtędy przejeżdżałem. Cóż, może jeszcze będzie okazja w Osijeku.

Znowu pola słoneczników, znowu wiatr w twarz (jak on to robi? kręci się specjalnie dla mnie?), skwar i całkiem solidne podjazdy – może nie strome, za to długie i bez grama cienia. A potem kończy się asfalt – z rezygnacją przyjmuję fakt, że przede mną 18km ciorania po żwirowej podbudowie drogi, gdy asfalt szybko wraca: w wersji komfortowej, z idealną ścieżką rowerową. Mniam!

Do Osijeku wjeżdżam już przy niskim słońcu – nie mam dużo czasu. Ścieżka rowerowa prowadzi brzegiem rzeki Drava tak, że kusi skręcenie w stare miasto. UIegam pokusie, ale w pośpiechu to trochę słabe. Kończy się tak, że w parku, w cieniu, muszę chwilę odsapnąć – skwar i pośpiech naprawdę mnie zmęczyły.

Longinowców nigdzie nie widziałem, a na większe poszukiwania nie ma szans. Cóż. Może zobaczymy się za rok.

Jeszcze tylko wyplątuję się z kąpieliska nad rzeką (zakaz jazdy rowerem na EuroVelo – ciekawe; muszę szukać dziury w płocie by wydostać się na drogę) i w złotym wieczorze wyjeżdżam z miasta.

Szlak prowadzi przez rozlewiska Dunaju – trochę się obawiam szutru, zastanawiam nad „wyprostowaniem” drogi, ale niepotrzebnie – droga jest perfekcyjna, pusta i prowadzi wśród ładnych widoków.

Koło podestów nad bagnami przejeżdżam mimo i potem nieco żałuję, gdy orientuję się, że można było tymi podestami pojechać nawet kilka km. Ale gdy w zachodzącym słońcu widzę urokliwą przystań statków, to nie wytrzymuję: na cholerę ten pośpiech, przecież jestem na wakacjach!

Staję, przegryzam wafle ryżowe (pierwszy posiłek od śniadania), ale przede wszystkim chłonę atmosferę tego miejsca – bez odgłosów cywilizacji, tylko pełne wieczornych ptasich pokrzykiwań. Są tych ptaków tu całe setki – obsiadły drzewa zaraz po drugiej stronie wody.

Jadę dalej przez te płaskie pustkowia. Spotkam kilku wędkarzy, raz spotkałem łabędzia głośnym sykiem przepędzającego mnie z jego strony drogi, były też ze dwa auta. Pustka i cisza. I zapadający zmrok. Po prostu piękno.

Już po ciemku dojeżdżam do rzędu świateł wznoszącego się nad horyzontem – równina kończy się skarpą, a przy niej rozsiadła się wioska Suza. A w niej camping.

Szukam recepcji, ale tej nie ma – jak mi tłumaczy miły Włoch (też gość campingu). Bo ten camping jest samoobsługowy – właściciel przychodzi raz dziennie, a goście mają sobie radzić sami. Łazienki idealnie czyste, ciepła woda, wiata z mnóstwem gniazdek, dobrze wyposażona kuchnia, lodówka z zimnym winem do wzięcia za opłatą „do pudełka”, miłe miejsca pod namioty i brak tłoku. Podoba mi się tu.


Niedziela, 20.08.2023

Decyduję się na dzień pauzy. Bo jest niedziela, bo potrzebuję żołądek doprowadzić do ładu, bo trzeba mi poprać rzeczy na resztę drogi (w szczególności dla muzeów w Budapeszcie warto mieć nieprzepocone ubrania), ale przede wszystkim dlatego, że to bardzo miłe miejsce, a ja jestem na wakacjach. Chcę spróbować lokalnego wina, rybki z pobliskiej czardy, potrzebuję też po prostu poleniuchować, a jak policzyłem dni i kilometry do domu – czasowo mnie stać.

W wiosce są dwa kościoły katolickie – jeden normalny, drugi „reformowany”. Ten pierwszy wydzwania godziny, a także dzwoni rozgłośnie jakby na mszę – ale mszy nie ma, nie ma też żadnej informacji, kościół pusty, dzwoni automat. Więc gdy widzę ludzi idących do „reformowanego”, to dołączam. Równo 10 wiernych (+ja) i dwóch prowadzących w czarnych szatach. Bardzo sugestywne kazanie, z którego oczywiście nie rozumiem ani słowa, ciekawe rozdawanie komunii (najpierw mężczyźni, chleb, potem wino z indywidualnych małych kieliszków). Po mszy duchowny pyta się mnie o coś po węgiersku, a ja po polsku „nie rozumiem” – rozpoznał żem Polak i wygłosił po wegiersku z uśmiechem „Polak, Węgier dwa bratanki”. Ciekawe doświadczenie.

Skwar okrutny – chodząc po wiosce cieszę się z faktu, że tu chodniki zaraz pod ścianami domów, co daje choć odrobinę cienia – bez tego dosłownie by się nie dało chodzić.

W samym środku skwarnego dnia siadam pod wiatą, czytam sobie książkę (ebook z komórki) i podładowuję powerbanki, a wtedy pojawia się on: wyjątkowy miłośnik papierosów. Pojawia się znikąd, na piechotę, z tobołkiem i karimatą. Najpierw idzie pod prysznic, z którego wraca w mokrym ubraniu – kąpiel i pranie w jednym. A potem siada do papierosów. Ma tytoń, bibułki, przyrząd do zwijania i jakiś olej (?) w puszce, którą podgrzewa z dużą atencją na kuchni. Robi sobie papierosy na później, do kartonika, oraz z ogromnym upodobaniem pali od razu skręcane. I widać, że sprowadza to na niego prawdziwą błogość. Nie myśli o niczym innym, nie je, chyba nie pije, tylko pali. (następnego dnia rano proponowałem mu podzielenie się śniadaniem – z uśmiechem odmówił). Mówi tylko po swojemu, ale w zasadzie nie ma potrzeby komunikowania się ze światem. Jest tylko on i jego wspaniałe papierosy – kompletny wszechświat. W nocy rozkłada karimatę na trawie – ma wszystko czego potrzeba. Raczej nie zostanie tu długo (pani sprzątająca źle reagowała na jego szarogęsienie się w kuchni), ale raczej o to nie dba – pójdzie dalej. Najważniejsze że ma swoje papierosy.

Jem pierwszy od kilku dni prawdziwy posiłek – żołądek lekko panikuje, ale o dziwo uspokaja go lampka wina. Pysznego wina – spróbowałem trzech różnych lokalnych i każde kolejne było lepsze 😀

Trochę rozmawiam z innymi mieszkańcami campingu: są Polacy w drodze nad morze, jest para Amerykanów, którym to ja mówię, że ten camping jest samoobsługowy i nie muszą czekać z rozbiciem namiotu, jest para Włochów czytających książki pod wiatą, pojawia się w końcu właściciel w swoim Porsche, z uśmiechem tłumaczący, że on za bardzo nie gada, ale rano przyjdzie syn.


Poniedziałek, 21.08.2023

Węgierski piekarnik na rowerzystów: 122km, 211m podjazdu

Jem śniadanie, płacę za camping, ruszam w drogę. Jadę za EuroVelo – najpierw wzdłuż skarpy, do Batiny, nad Dunaj. Batina ma wielki pomnik upamiętniający bitwę, gdzie armia czerwona wraz z partyzantami Tity walczyli z Niemcami. Ale przede wszystkim to urocza wioska nad Dunajem, u podnóża stromej skarpy, otoczona winnicami. Na skarpę muszę się wspiąć stromym podjazdem, a potem kluczę po cichych wioskach w stronę granicy z Węgrami.

Zaraz za granicą odbijam na teren bitwy pod Mohaczem.

Ciekaw byłem jak przedstawią jedną z ważniejszych dla historii Europy bitew, a tu tylko heroizm umierania „in hopeless fight”, bramy Hadesu i takie tam. Jesli tego ich od młodości uczą, to trochę mają przerąbane…

A potem wały Dunaju. Z miejsca spotykam na nich dwie duże grupy rowerzystów z sakwami – ciekawe, bo to było pierwsze i ostatnie takie spotkanie. Jeśli potem kogoś spotykałem na drodze, to pojedynczych lub pary (jak np. tego Anglika, co jechał na kolarce od Calais do Stambułu).

A wały jak to wały – wystawione na słońce, opiekają rowerzystów dokładnie.

Po wjeździe do miasta stawiam sobie za cel kupienie lokalnej karty sim. Podpytywanie na ulicy prowadzi mnie do salonu Vodafone, gdzie traktują mnie jakby oni nie byli od tak przyziemnych rzeczy. Więc po prostu pomału jadę ulicą rozglądając się na boki i znajduję: naprawa laptopów i komórek. Miły człowiek w środku mówi po angielsku i tłumaczy na co się porwałem: jak kupię kartę to muszę ją zarejestrować (co jest trudne), potem doładować, co jest możliwe chyba tylko w Lotto i potem jeszcze włączyć pakiet, co najlepiej zrobić z aplikacji której nie mam. Karta kosztuje 3tys forintów (36zł), a za dodatkowe 1.5tys oddaje mi taką zarejestrowaną na siebie. Doładowuję w lotto – nadal nie działa. Sklepik z laptopami ma akurat przerwę obiadową, ale teraz już wiem, że prawdziwym operatorem na Węgrzech nie jest żaden Vodafone, tylko Yettel – i jego salon znajduję na ulicy. Tam też jest młody człowiek mówiący po angielsku i z jego pomocą załatwiam resztę: włączam pakiet (3GB na miesiąc), a nawet ustawia mi APN. Działa! Jeszcze tego nie wiem, ale wkrótce ten internet w komórce bardzo mi się przyda…

Jem małą pizzę (żeby było łagodnie; nie przewidziałem że na Węgrzech pizza będzie piekielnie ostra – ale mój żołądek to znosi) i trochę się kręcę po mieście (zapomniałem że tu nie ma mostu tylko prom, który kursuje co 30 minut). Całkiem miłe miasto ze smacznymi lodami.

A potem dalej wzdłuż Dunaju. Wałami asfaltowymi (wyglądają jak droga dla rowerów, ale to normalna droga samochodowa – tylko z barierkami uniemożliwiającymi wjazd wyższych aut), czasem szutrowymi, czasem po płytach, przez kolejne wioski i miasteczka. Wieczorem, gdy upał odpuszcza, robi się całkiem przyjemnie, ale wtedy trzeba się już rozglądać za noclegiem.

Jadę spokojny – widzę tu mnóstwo miejsc, gdzie od biedy mógłbym namiot rozstawić, poza tym na mapie co kilkadziesiąt km mam oznaczenie „camp place”. Do jednego z takich miejsc docieram zaraz po zachodzie słońca i jest to bardzo miła, wykoszona łąka z ławami po bokach. I jestem tu zupełnie sam. Jeszcze tylko odbijam do pobliskiej wioski po wodę na wieczorną kąpiel (jest studnia artezyjska – zgodnie ze wskazaniami mapy), jest też pub z którego porywam zimną butelkę. Po gorącym dniu noc też jest ciepła – zimne piwko po kąpieli smakuje znakomicie.


Wtorek, 22.08.2023

Wzdłuż Dunaju do Budapesztu: 148km, 151m podjazdu

Po wczorajszym piekarniku padłem błyskawicznie, tak ze dziś budzę się wyspany przed wschodem słońca. Trochę zamarudziłem przy pakowaniu, ale i tak udało dało się ruszyć o 6:30. Świat piękny i chłodny: 20°. W takich warunkach można jechać!

Jest szansa na poradzenie sobie z upałem: jechać od rana póki się da (nawet jak już zacznie grzać, to przed południem cienie są długie), potem długa przerwa na najgorszy skwar i koniec drogi pod wieczór, gdy już zacznie odpuszczać.

Drugie śniadanie jem w cieniu, gdy sam organizm uznał, że czas na przerwę. Wcześniej odwiedziłem spożywczak, więc mam wszystkie specjały: jogurt, paprykę, żółty ser – mniam!

Przy okazji spotkanie z dwójką młodych Niemców, co pożyczyli tutaj rowery – jakieś stare gruchoty i jednemu z nich padła dętka. Myślałem pomóc, ale jak zobaczyłem ogólny stan opony (pruła się w wielu miejscach), to zgodziliśmy się, że to beznadziejne. Prowadzili rowery przez wiele km w tym skwarze – mocni są.

Było kilka kawałków wałów trawiastych – na moich oponach jedzie po nich całkiem nieźle, niemniej opory są ewidentnie większe. Więc gdy kolejny taki kawałek trafia się pod koniec mojego „okna czasu”, po którym powinienem zrobić południową pauzę, a fajna (według opinii w google) knajpa jest dość daleko – skręcam na krajówkę. Ruch duży, ale jedzie się szybko – do upatrzonej knajpy wpadam w samą porę, gdy z nieba zaczyna buchać już prawdziwy żar.

A knajpa faktycznie rewelacyjna. Taka tradycyjna kuchnia węgierska – lokalna i prawdziwa. Może brakuje jakiegoś wiatraka (dosłownie pot ze mnie spływał podczas jedzenia tych intensywnie paprykowych dań), ale jedzenie było pyszne i w pełni akceptowane przez mój żołądek.

Marudzę do oporu – najpierw w knajpie, potem w pobliskiej lodziarni (siedzę pod markizą) – udaje się przeczekać najgorszy skwar. I reszta drogi po południu:

Im bliżej Budapesztu, tym EuroVelo 6 bardziej nieobliczalna: czasem prowadzi idealną ścieżką rowerową, czasem bocznymi drogami, jest szuterek nad samą rzeką (odnoga Dunaju), są też fragmenty gruntowe. A już w samym Budapeszcie są kawałki, gdzie dosłownie wygląda jakby ścieżka miała zaniknąć w jakiś krzakach. Im bliżej końca drogi tym wolniej jadę 😀

I w końcu centrum miasta – okazało się, że wyjeżdżam na zaplecze wielkiej imprezy: lekkoatletyczne mistrzostwa świata. Szczęśliwie ochroniarze wydają się mnie nie zauważać – bo już się bałem, że będę musiał zawracać w te chaszcze… Jeszcze tylko trzeba przeplątać się przez kilka skrzyżowań i dojeżdżam na przedziwny camping w ogrodzie jednego z domów blisko centrum.


Środa, 23.08.2023

Dziś rower służy tylko do przemieszczania się po mieście (w sumie wyszło 30km) – sakwy zostają w namiocie na campingu.

Camping świetny, z bardzo specyficznymi lokatorami – rozmowy o rowerach, podróżach, lokalnych zwyczajach – z Niemcami, Anglikami, Francuzami a nawet była starsza para z Nowej Zelandii. Było też kilka innych nacji (ale ci się do mnie nie odzywali), a wszyscy albo na rowerach, albo z plecakami. Jak głosi kartka w umywalni, pomysłodawcą campingu był fan motocykli, a po jego śmierci w wypadku ideę podtrzymuje rodzina. Cały teren to de facto średniej wielkości ogród, ale wszystko jest tak zgrabnie urządzone, że nie czuć ciasnoty.

Wymyśliłem żeby zwiedzanie miasta zacząć od widoku ze Wzgórza Gelerta, potem przejechać przez centrum, by w końcu trafić do Muzeum Sztuk Pięknych – cieszę się na możliwość obejrzenia eksponowanych tu obrazów El Greco.

Jednak okazało się, że Wzgórze jest akurat w remoncie, a ja jadąc przez centrum spędziłem tam w sumie wiele godzin. Bo zaczepiłem też o Muzeum Narodowe w Pałacu Królewskim (łomatko, jakie tu wszystko ogromne!), o Katedrę Świętego Stefana, Parlament i w ogóle powłóczyłem się po mieście.

Zresztą samo miasto było ciekawe – początkowo było bardzo męczące: przez tłum i ogromny ruch samochodowy. Z czasem jednak załapałem, że w tym szaleństwie jest metoda: co prawda infrastruktura rowerowa jest na ogół w fatalnym stanie, ale za to jest wszędzie.

Wszystkie przejścia dla pieszych mają obniżone krawężniki i jednocześnie są przejazdami rowerowymi. Rowerami można jeździć ścieżkami, pasami wydzielonymi z jezdni, a nawet chodnikami (w kilku miejscach widziałem znak, gdzie prosili by zjechać na jezdnię, bo tu chodzą rodziny – prosili, to nie był żadnej znak nakazu czy zakazu). Rowerów jest tu mnóstwo i radzą sobie. To i ja też.

W końcu dojechałem do Museum of Fine Arts. Gigantyczny budynek, w którym same sale wystawowe są zjawiskiem. Spędziłem tu kilka godzin i choć pod koniec malarstwa miałem już po dziurki w nosie, to było to bardzo przyjemne nasycenie tematem. Właśnie tego potrzebowałem.

A wracając natrafiam jeszcze na dziwo w parku: Muzeum Etnograficzne, wygięte tak, że na jego dachu mamy pochyły ogród, a brzegi są uniesione tak, że ocieniają wejścia do budynku (co błogosławią ochroniarze przy wejściu do muzeum):


Czwartek, 24.08.2023

Rozstanie z pięknym Dunajem: 102km, 588m podjazdu

Wyjeżdżam z Budapesztu – trochę obawiałem się powtórki z wjazdu do Budapesztu od południa, ale niesłusznie – w stronę Szentendre („miasteczko artystów”) drogi rowerowe są perfekcyjne, poza tym chyba po wczorajszym zwiedzaniu trochę się już tego miasta nauczyłem.

Wyjeżdżam z miasta przez Wyspę Małgorzaty, a na peryferyjnym jakby ryneczku widzę intrygującą instalację kobiet w deszczu:

A potem Dunaj – piękny o poranku:

Dobrze że przed wyjazdem sprawdziłem trasę. Okazało się że prom w Szob nie działa od bodajże czerwca tego roku – nie wiedziała o tym oficjalna strona EV6, skąd brałem tracki, ale na szczęście wiedziała nawigacja.

W Visegradzie nad Dunajem widzę, że to czemuś jakaś duża atrakcja turystyczna. Rozglądam się i widzę: okazały zamek na wzgórzu. 200m podjazdu – co mogłoby mnie powstrzymać? Widoki znakomite.

Postarali się też dla turystów odtworzyć ile się da atmosferę starego grodziska – o ile instalacje figur woskowych nie robią na mnie wrażenia, to muzyka na żywo w wewnętrznym zamku – jak najbardziej.

Zbliżam się do Esterdom (czyli nie zostało już dużo do przejechania dziś), słońce grzeje mocno, a między drzewami widać piękny, modry Dunaj i brzeg, który miejscami wygląda zupełnie jak tropikalna plaża.

Jestem powyżej Budapesztu, więc woda nie powinna być brudna, zresztą widziałem kąpiących się w Dunaju już wcześniej. Zaczynam od zmoczenia nóg, by w końcu skusić się na regularną kąpiel. Tylko trzeba uważać, bo choć rzeka szeroka, to prąd jest naprawdę mocny – chwila nieuwagi gdy stracisz grunt pod nogami i od razu rzeka niesie daleko.

Woda przyjemnie ciepła, a mimo to dająca ochłodę w gorący dzień. Bardzo miłe doznanie.

Dojeżdżam do Esterdom – chcę zwiedzić tę największą na Węgrzech bazylikę. Widziałem ją raz, wiele lat temu na wycieczce i wtedy zrobiła ogromne wrażenie. Teraz niestety jest w remoncie, tak więc wrażenia są ograniczone. Tylko katakumby są takie jak kiedyś – z gigantycznymi rzeźbami przy wejściu i majestatem podziemnej świątyni.

Po zwiedzaniu jeszcze obiad po węgierskiej stronie (zorientowałem się, że jeszcze nie jadłem węgierskiej zupy gulaszowej – najwyższy czas nadrobić zaległości), po czym przez most na Dunaju jadę na Słowację.

Słowacja wita mnie perfekcyjnymi drogami z małym ruchem. Oraz podjazdami – ale dziś nie jadę daleko: spać będę na jedynym campingu w tej części Słowacji. Bardzo miłym campingu.


Piątek 25.08.2023

DNF: 95km, 1102m podjazdu

Obudziły mnie błyskawice na nocnym niebie – dostałem napędu w składaniu się, bo namiot rozstawiłem bez tropiku (ciepła noc). Ale w końcu na mnie nie padało, czyli można powiedzieć, że prognoza się sprawdziła.

W każdym razie ruszam wcześnie – przed 6 rano, co warto wykorzystać. Nie mam jeszcze dokładnego planu (raczej kilka wariantów do wyboru, wkrótce trzeba będzie decydować), ale generalnie celuję w następny nocleg w okolicach Niżnych Tatr. Albo coś wypatrzę przy drodze (agorturystyka lub na dziko) albo użyję booking.com – bo niestety campingów w tych okolicy nic nie znajduje. Warto dziś nakręcić trochę kilometrów – od tego gdzie dojadę, zależy jak dużą będę miał swobodę w ostatnie dwa dni trasy. Może np. dam radę objechać Tatry od wschodniej strony? Polak z campingu w Suza podrzucił mi fajną miejscówkę na nocleg koło polskiej granicy – może być ciekawie wykorzystać taką informację z drogi.

Wczesne wstawanie ma tę wadę, że trudno rano się rozruszać: kręcę te poranne kilometry niemrawo, kilkukrotnie się zatrzymując bez ważnego powodu. I w trakcie jednego z takich przystanków zwracam uwagę na lekko ruszające się siodełko. Po dokładniejszym oglądaniu odkrywam smutną prawdę: mam pękniętą ramę.

No to teraz już nie ma pośpiechu i dalekich planów…

Siadam na łączce, wyciągam kocher i przy herbatce dumam nad sytuacją. Wychodzi mi, że mam 3 opcje do wyboru:

  1. Wrócić na kemping i czekać na odsiecz (350km z Krakowa, najwcześniej jutro, bo dziś Mateusz w górach).
  2. Podjechać z 15km do najbliższej stacji kolejowej (Zeleziovce) i w końcu dojechać do domu (strasznie naokoło, jak w internecie sprawdziłem).
  3. Jak mi usłużnie google wyszukał – skorzystać z Flixbusa ze Zwolenia – tam to już do domu tylko 250km i 4h busem.

Korci opcja ostatnia, ale czy jest wykonalna? To pęknięcie wygląda tak, jakbym mógł go palcami zerwać do końca – jaką mam gwarancję, że za kwadrans samo się nie zerwie podczas jazdy? Oglądam i wychodzi mi, że poza ekstremalnymi sytuacjami nie powinienem polecieć na twarz – siodełko wtedy raczej nie ma szans wypaść, tylko zacznie się kręcić na boki. Czyli po dojściu pęknięcia do końca raczej nici z jazdy (no chyba że na stojąco), ale nie powinno być niebezpiecznie.

Czyli z luźnym siodełkiem tylko zjazdy (bez rozpędzania się!) – cała reszta, to tylko prowadzenie. Powiedzmy że w takim trybie mieszanym wykręcę w sumie 5 km/h – mając 10 godzin oznacza to 50km „zasięgu”. Więc jeśli kupię bilet na odległą godzinę i uda mi się nie zerwać siodełka na najbliższych 40km, to powinienem dotrzeć do Zwolenia. Warto spróbować! Kupuję bilet na Flixbusa o 2 w nocy.

To były nerwowe kilometry, ale się udało – pęknięcie wytrzymało nie tylko 40km, ale i po 60km było wciąż sprawne. Do tego, w trafionym po drodze wioskowym sklepie, kupiłem worek trytytek oraz dużą rolkę stretcha – do pakowania roweru do bagażnika busa. Nie będę musiał w Zwoleniu szukać sklepu.

Jechałem super ostrożnie, cięższe podjazdy prowadziłem (w trakcie mocnego podjazdu są największe boczne naciski na siodełko), na zjazdach jechałem na stojąco – wymęczyło mnie to wszystko okrutnie, tak że gdy w Bańskiej Stiavnicy zobaczyłem strzałkę na stację kolejową, to stanąłęm i w komórce sprawdziłem rozkład jazdy ze Stiavnicy (dlaczego o takiej opcji nie pomyślałem wcześniej?) – jest pociąg do Zwolenia za 40 minut! Skróciłem męczącą drogę o 30km.

Jeszcze tylko czapovana kofola i wyprażany syr w knajpie dworcowej (ładna kelnerka o ekspresji bardzo zamaszystej, dopija piwo z kufli) i jadę jednowagonowym pociągiem, malowniczo górską trasą.

W Zwoleniu mam mnóstwo czasu do stracenia, ale w końcu przenoszę się na stanowisko Flixbusa i pakuję rower – najpierw rozkładam i spinam go trytytkami jak do samolotu, potem foliuję wszystko w zgrabny pakunek. Pusty nocny dworzec, tylko policja co 20 minut kontrolnie przejeżdża pędem (rozglądając się na boki – gdy raz odszedłem na chwilę, to od razu zainteresowali się moimi sakwami). Staram się nie zasnąć, dworzec rozbrzmiewa muzyką puszczoną na głos z komórki, rozmawiam z Marzenką w domu – wszystko to tworzy przedziwny nastrój, który pewnie będę pamiętać długo.

Oczywiście nie chcieli mnie do busa wpuścić z rowerem 😡

Wydawało mi się, że wszystko sprawdziłem – sumę wymiarów, wszystkie wpisy w faq flixbusa, ale nie pomyślałem o jednej możliwości: akurat ten bus MIAŁ bagażnik rowerowy (nie zauważyłem w rozkładzie). Czyli wyszło ze cwaniakuję i przewożę rower za 15zl zamiast bodajże 150. Kierowca coś pitoli o aplikacji (że mu mój „bagaż specjalny” wyświetla jako „zbyt duży bagaż”), a potem oświadcza, że ja mogę jechać, ale rower musi zostać. I podpierał się przy tym opinią drugiego kierowcy. No dobra, zacząłem krzyczeć, tak ze narzekając, w końcu dali łaskawe pozwolenie na położenie zafoliowanego roweru płasko na bagażach. Alleluja!

Rano z dworca odbiera mnie Mateusz – wróciłem! Teraz muszę znaleźć nową ramę na podmianę.


W sumie 1127km i 10311m podjazdu – w 11 dni jazdy. 14 dni w podróży.